„Thelma & Louise” po włosku – recenzja filmu „Zwariować ze szczęścia”

18 Paź „Thelma & Louise” po włosku – recenzja filmu „Zwariować ze szczęścia”

Paolo Virzì to reżyser nieco poszkodowany na tle włoskich kolegów po fachu. Nie ma co się jednak nad nim użalać, poszkodowany jest bowiem nie bez powodu. Jego dotychczasowe kino to, co tu dużo mówić, kino dosyć słabe. Ostatni film reżysera – „Kapitał ludzki” – rokował już jednak trochę lepiej. Produkcja, będąca ekranizacją amerykańskiej powieści, nieco na siłę „zachodnia” (co dosyć typowe dla Włochów, wciąż zafascynowanych wszystkim, co amerykańskie), jest niejako zapowiedzią kina nieco lepszego. Ciężko będzie reżyserowi przebić się przez takie nazwiska jak Paolo Sorrentino czy Nanni Moretti – śmiem jednak twierdzić, iż po „Zwariować ze szczęścia” jest na dobrej drodze.

Najnowszy film Virzìego, na pierwszy rzut oka, przypomina nieco „Thelmę & Louise” Ridleya Scotta, z akcją osadzoną we współczesnej Italii. Jest to jednak jednocześnie coś zupełnie innego i coś znacznie więcej. 

Nasze Thelma i Louise to dwa przeciwieństwa. Beatrice (Valeria Bruni-Tedeschi) jest kobietą nieco ekscentryczną. Mówi co jej ślina na język przyniesie – między innymi, że jest miliarderką czy kochanką najważniejszych światowych przywódców. Donatella (Micaela Ramazzotti) z kolei to młoda, zamknięta w sobie dziewczyna. Łączy je tylko jedno: miejsce, w którym się znalazły, czyli Villa Biondi – nowoczesna klinika psychiatryczna, umiejscowiona prawdopodobnie gdzieś w Toskanii. 

Domyślić się tego można po dialekcie niektórych bohaterów oraz napisach końcowych. Jeśli chodzi o włoską rzeczywistość, jest to sprawa dosyć istotna. Istnieje bowiem wielka przepaść między Włochami południowymi a północnymi. Przepaść porównywalna do Polski wschodniej i zachodniej, jednak o wiele silniejsza. Mimo to, reżyserowi udaje się przedstawić bohaterów tak, jak gdyby ten podział w ogóle nie istniał. We wszystkich regionach Włoch znajdują się w końcu biedni, bogaci, ci wykształceni i ci mniej. W końcu także – normalni i nienormalni. No właśnie, a co to właściwie znaczy ‚być normalnym’? Zdaje się, że jest to główne pytanie stawiane przez reżysera, chcącego przekonać nas swym filmem, iż ów podział najzwyczajniej w świecie nie istnieje. 

1460716617494

Między kobietami zaczyna tworzyć się skomplikowana relacja, oparta na różnicach światopoglądów, obelgach i w końcu nienawiści, która ostatecznie przeradza się w przyjaźń. Beatrice i Donatella, pod wpływem impulsu oraz przypadku, uciekają z kliniki, aby odbyć wyprawę do tego, co zostawiły poza Villą Biondi, a także podróż w głąb samych siebie.  Niczym w przewijającej się w tle przez cały film piosence „Senza fine” (wł. „Bez końca”), znudzone rutyną towarzyszącą im w klinice, chcą żyć chwilą i poczuć się w końcu szczęśliwe. Virzì próbuje nam udowodnić, że to, co powszechnie nazywane jest zaburzeniem osobowości, według nieco mniej oficjalnych analiz jest po prostu rezultatem interakcji człowieka z otaczającym go środowiskiem. W końcu – ile ludzi, tyle przypadków. Nie dla każdego łatwym okazuje się przystosowanie do życia w społeczeństwie oraz odgrywanie narzuconej mu przez nie roli. Uciekając z miejsca przeznaczonego dla ‚wariatów’, Beatrice i Donatella spotykają na swej drodze różne osobowości. Tak różne, że granica ‚normalności’ zaczyna się zacierać, aż w końcu całkowicie zanika. 

Virzì próbuje oduczyć nas generalizowania, wsadzania ludzi w przysłowiowe szufladki. Umiejętność łączenia komedii oraz dramatu opanowana została przez włoskich reżyserów niemalże do perfekcji, czego „Zwariować ze szczęścia” jest kolejnym dowodem. Śmiech przez łzy w najlepszym wydaniu!

Moja ocena: 8/10
Wiktoria Andrukajtis
Prawie Kino