Jak rozprawić się z historią? O „Wołyniu” Wojtka Smarzowskiego

07 Paź Jak rozprawić się z historią? O „Wołyniu” Wojtka Smarzowskiego

Choć kwestia dotycząca tego, czy sztuka (a w szczególności film) może być wiarygodnym źródłem historycznym, jest dyskusyjna, można wyróżnić dwa rodzaje filmów opowiadających o historii: koncentrujące się wokół faktów, niczym podręczniki, i takie, które starają się przedstawiać ją z perspektywy jej uczestników. Innymi słowy: albo koncentrujemy się na wydarzeniach, albo na ludziach na tle tych wydarzeń. Jaki jest „Wołyń”? Wydaje się, że pod tym względem wyjątkowy.

Co było do przewidzenia, film Wojtka Smarzowskiego wzbudzał kontrowersje od samego początku. Jedni bali się, że nie upamiętni w należyty sposób ofiar tej tragicznej zbrodni, podczas gdy drudzy woleliby może, żeby nigdy nie powstał. Albo Polacy ostrzegający przed konfliktem z Ukrainą, albo sami Ukraińcy, którzy obawiali się filmu o wymowie jawnie „anty-ukraińskiej”. Ewentualnie, mógłby według nich powstać kiedyś, ale na pewno nie teraz. Sam reżyser jeszcze przed premierą podkreślał, że nigdy nie było „odpowiedniego” momentu na powstanie takiego filmu i że takiej chwili nigdy nie będzie.

Uczciwy film o wielu odcieniach szarości

Uczciwość to według mnie największa zaleta „Wołynia”. Oddaje sprawiedliwość ofiarom opowiadając historię z ich punktu widzenia, a sprawców pokazuje wbrew pozorom w dosyć neutralnym, obiektywnym świetle: przedstawia fakty, zarazem nie formułując oskarżeń, usiłuje jedynie pokazać pewien bolesny wycinek z historii. Co najważniejsze: nie jest czarno-biały. Nie ma tu prostej symetrii: źli Ukraińcy – dobrzy Polacy.

„Wołyń” jest również doskonały pod względem artystycznym. I to przede wszystkim dzięki temu jest dobrym filmem historycznym. Zapewne na przekór opinii części historyków uważam, że nie wystarcza sama zgodność z faktami – to może przejść w przypadku podręcznika historii lub co najwyżej filmu dokumentalnego. Świetne, klimatyczne zdjęcia (zasłużona nagroda dla Piotra Sobocińskiego Jr. na FF Gdyni), a także muzyka Mikołaja Trzaski tworzą spójną artystycznie całość.  Nie brak w tym filmie również momentów przyjemnych, takich jak początkowe sceny w klimacie sielanki – wesela Polki z Ukraińcem czy ukazanie tradycyjnych obrzędów ze świata, który bezpowrotnie przeminął. Świata, w którym obok siebie żyli Polacy, Ukraińcy oraz Żydzi. Nostalgia, którą przywołują te obrazy tworzy dramatyczny kontrast w zderzeniu z brutalną rzeczywistością, która ma dopiero nadejść.

Przy wielu zaletach nie obyło się jednak bez ofiar. Bohaterowie „Wołynia” są papierowi, niewyraźni i może to na pierwszy rzut oka razić. Wydaje się jednak jednocześnie zabiegiem celowym – sam Smarzowski podkreślał, że losy bohaterów są dla niego zaledwie pretekstem do poprowadzenia fabuły. Celowo o niej nie wspominam, bo tak naprawdę nie jest ona istotna. Główna bohaterka prowadzi nas przez film, widz staje się świadkiem jej relacji, moim zdaniem jednocześnie nie skupiając się na osobistym dramacie i przeżyciach wewnętrznych. Może to być zarzutem, bo brak tu jakiejś „psychologicznej głębi”. Koniec końców wyszło to jednak filmowi na dobre: uniknięto sztuczności (Smarzowski nie próbował na siłę wczuć się w psychikę młodej dziewczyny), a poza tym skupia uwagę widza na na tym, o czym tak naprawdę jest ten film: na nienawiści, której raz rozkręconej, nie sposób zatrzymać. Owa bezbarwność postaci sprawia, że są uniwersalne i przypominają bardziej marionetki uwikłane w spiralę nienawiści, aniżeli ludzi z krwi i kości. 

1b1b532b-b2e0-476c-8d31-ff158f3c8189

Bez efekciarstwa, za to z klasą i wyczuciem

„Wyobraźmy sobie film o Wołyniu zrealizowany środkami Janka Komasy” – ktoś kiedyś powiedział i jest to w moim odczuciu idealne podsumowanie tego, czym film ten mógłby być, a na całe szczęście nie jest. Na pierwszy rzut oka sposób ujęcie tematu w „Wołyniu” i „Mieście 44” jest podobny: obydwaj twórcy dystansują się od swoich bohaterów. Jednak u Smarzowskiego sprzyja to filmowi, Komasa natomiast naznacza swoich bohaterów tragizmem, który daje im poczucie wyjątkowości – bardziej skupiamy się na bohaterach, aniżeli na wydarzeniach, dramacie, który się rozgrywa wokoło (nie oznacza to, że są oni pogłębieni psychologicznie, ale to już inna sprawa). W „Wołyniu” natomiast pomimo tego, że główna bohaterka jest najbliżej widza, nie budzi realnego współczucia, a jej losy (choćby śmierć najbliższych) poniekąd budzą obojętność. Może to być odczytane jako spora wada tego filmu, ponieważ trudna jest dla widza identyfikacja z nią, dla mnie jednak, mimo wszystko, pozwala lepiej zrozumieć pełnię kontekstu tego, co widzimy na ekranie. I najważniejsze: Smarzowski się nie popisuje, ucieka od efekciarstwa i wyszukanych środków wyrazu.

Ta epicka opowieść zrealizowana z rozmachem nie jest pierwszą „megaprodukcją” historyczną w polskim kinie. Jeśli zaś chodzi o ostatnie 27 lat, mam wrażenie, że pierwszą w takim stopniu udaną. Jeśli mówimy o filmach epickich właśnie, nie o kameralnych, które przytrafiały się i udawały znacznie częściej.

620e342d1b4b974bfcda603f0c7ea1c0

Płaska warstwa fabularna nie tworzy płaskiego filmu

Największą wartością „Wołynia” jest to, że wywołuje u odbiorcy refleksję. I uruchamia przy tym typowo ludzkie odruchy. Zło bijące z ekranu przeraża i nie jesteśmy w stanie ani go zaakceptować, ani wyobrazić sobie sytuacji, w której sami moglibyśmy być jego udziałem.  I choć może nie jest źródłem historii, a jej artystycznym przetworzeniem, pewną metaforą – zdecydowanie może być dla  nas jej lekcją.

Na pierwszy rzut oka odnosi się wrażenie pewnego pośpiechu, nerwowości, z jaką został zrealizowany. To jednak tworzy efekt, który ogarnia widza. Wczuwa się on w klimat, w atmosferę grozy konsekwentnie budowaną poprzez narastające napięcie, które uwolnione zostaje w kulminacyjnym momencie pod koniec filmu.

Rozczarowani mogą być natomiast ci, którzy liczyli na prawdziwą rzeź na ekranie. Porażające brutalnością momenty są, ale jest ich niewiele. Myślę, że to dobrze. Twórcy pokazują widzowi jedynie tyle, ile potrzeba, aby poczuł on choć częściowo grozę tamtych wydarzeń. W filmie nie pada jednak odpowiedź na pytanie, skąd wzięła się bestialska brutalność Ukraińców. Czy był to rewanż za doznane w przeszłości krzywdy? Nie ma to znaczenia dla wymowy całego utworu: Smarzowski podkreślał, że brak na to odpowiedzi, i związku z mentalnością, a raczej, że pochodzi ona z wnętrza człowieka. W „Wołyniu” nie dostajemy więc pełnej odpowiedzi, a pewien trop – jakim jest mechanizm, owa spirala nienawiści. Nie jest to film wymierzony w Ukraińców jako naród, a w postawę skrajnego nacjonalizmu. W takim wypadku żadne dawne zatargi nie mają znaczenia- nie chodzi tu bowiem o politykę, a o ludzi. O to, że sąsiad zabija sąsiada. A nienawiść nie ma narodowości, ale rodzi się w człowieku. A także, co bardzo ważne w kontekście wielowymiarowości filmu: nienawiść rodzi nienawiść – Polacy nie pozostają Ukraińcom dłużni.

„Most, a nie mur”

„Wołyń” to film mądry, ważny i bardzo potrzebny. Ma wszelkie cechy ku temu, by łączyć, a nie dzielić. Najlepiej o jego wielkości świadczy właśnie to, że chwalą go wszyscy, bez względu na różnice światopoglądowe. To film uniwersalny – ani prawicowy, ani lewicowy. W zamierzeniu miał być „mostem, a nie murem” w relacjach polsko-ukraińskich. I wierzę,  że mądrzy Ukraińcy to dostrzegą.

Nie uważam jednocześnie, żeby był to film wybitny. Choć w tym samym czasie nie wyobrażam sobie, jak mógłby wyglądać inaczej. Produkcja zaskakuje: opowiada o tragicznych wydarzeniach Wołynia z klasą, bez nadmiaru środków artystycznych (w czym przypomina mi „Pianistę” Polańskiego), a zarazem bez histerii. To wyważony film, nie popadający przy tym w przesadną ostrożność.

Jedno jest pewne, takiego filmu jeszcze nie było.

Moja ocena: 8/10
Julia Kasprzak
Prawie Kino

Fot. materiały prasowe filmu „Wołyń” (reż. Wojtek Smarzowski)