POWRÓT KRÓLA – recenzja filmu „VOLTA”

10 Lip POWRÓT KRÓLA – recenzja filmu „VOLTA”

Choć w marcu obchodził swoje 62. urodziny, zdążył dorobić się zaszczytnego tytułu ojca współczesnej, postpeerelowskiej polskiej komedii, a nawet (jak głosi plakat Volty) – jej „króla”. W wieku 26 lat (jeszcze w czasie trwania studiów) miał już na koncie debiut w postaci legendarnego Vabanku, później była kultowa Seksmisja i film-symbol lat 90., czyli Kiler oraz jego kontynuacja Kiler-ów 2-óch, czy wreszcie – komedia kryminalna z arcydziełem sztuki w tle, Vinci. To właśnie z tym ostatnim tytułem porównywana jest najnowsza produkcja sygnowana nazwiskiem reżysera – Volta. Czy, jak głosi plakat reklamujący film, jest to rzeczywiście „POWRÓT KRÓLA”?

Powrót do korzeni

Już na pierwszy rzut oka okazuje się jasne, że fabułą Volty Juliusz Machulski nawiązuje do swoich korzeni – Vabanku, czyli kryminalnej komedii w duchu retro, stylistycznie nawiązującej do takich klasyków amerykańskiego jak Żądło (The Sting) Geoge’a Roya Hilla. Mamy więc tutaj drobnych cwaniaczków, wielką fortunę w tle i przekręt, który wedle reklamy „przejdzie do historii kina”.

Andrzej Zieliński i Jacek Braciak w filmie „Volta”

Bruno Volta (trochę zapomniany, ale świetny w tej roli Andrzej Zieliński) to niezwykle bystry i przebiegły spin doctor, który kieruje kampanią wyborczą kandydata na prezydenta, Kazimierza Dolnego (genialny Jacek Braciak). Znacznie młodsza partnerka Volty (Aleksandra Domańska) pewnego dnia poznaje Wiki (Olga Bołądź), dziewczynę o niejasnej przeszłości, która w odziedziczonym mieszkaniu znajduje pewien drogocenny przedmiot. Jak się niedługo później okazuje, tym przedmiotem jest… korona Kazimierza Wielkiego! Główny bohater razem ze swoim współpracownikiem Dychą (Michał Żurawski) próbują więc zgłębić pełną zawirowań i tajemnic historię regaliów, a następnie – wcielić w życie swój własny plan związany z dalszymi losami korony. Jak nietrudno zgadnąć – nie wszystko pójdzie zgodnie z planem i niejeden bohater niespodziewanie okaże się być sprytniejszym od pozostałych.

Aleksandra Domańska i Olga Bołądź w filmie „Volta”

 

„Żart wtedy jest śmieszny jeśli opowiadany jest śmiertelnie poważnie”

To, za co bezwzględnie należy pochwalić i co ewidentnie stanowi największą siłę Volty jest humor. Niewymuszony, spontaniczny, okraszony niejednym świetnym dialogiem – tak charakterystyczny dla najlepszych produkcji, jakie wyszły spod ręki Machulskiego. Atutem jest tu również sama fabuła, o której (nie chcąc zdradzać) mogę powiedzieć jedynie tyle, że przepełniona jest absurdem. Podobnie jak grający tu rolę główną przekręt – nieźle pomyślany, ale nadal mało prawdopodobny (co, jak mawiał Alfred Hitchcock wcale nie powinno być z zasady zarzutem). Mimo wszystko jednak, te lekkie niedociągnięcia, nieścisłości czy po prostu dziury w scenariuszu – tracą na znaczeniu w konfrontacji z całkiem przyjemną i udaną całością.

Olga Bołądź w filmie „Volta”

Dodatkowym atutem Volty jest historia Polski w tle, która bez przerwy pobrzmiewa w tle i w niezwykły sposób splata się z losami królewskiej korony – przywoływana przede wszystkim za sprawą opowieści profesor Dąbrowskiej (świetna Joanna Szczepkowska!), a widzowi prezentowana w niezwykle atrakcyjny sposób za pomocą retrospekcji, które stanowią jednocześnie absurdalnie zabawne epizody z popisowymi kreacjami najlepszych polskich aktorów. Wspominając o Volcie grzechem jest nie wspomnieć o genialnych aktorach właśnie – wamy więc świetny pierwszy plan, czyli Andrzeja Zielińskiego w roli cynicznego, niebywale inteligentnego specjalisty politycznego, zabawnego Jacka Braciaka jako jego podopiecznego (ciekawa hybryda Andrzeja Dudy, Grzegorza Brauna i jednego z polityków PSL-u), a także niezłą, doskonale pasującą tutaj Olgę Bołądź. Rozczarowuje tylko Agnieszka Domańska, której prezentuje się dosyć nijako nawet w konfrontacji z aktorami drugiego planu. We wspomnianych epizodach natomiast możemy podziwiać Tomasza Kota, Roberta Więckiewicza, Antoniego Pawlickiego czy długo niewidzianego Cezarego Pazurę (w podwójnej roli – szczególnie zaskakuje jego drugie, nieco upiorne wcielenie) oraz – Monikę Olejnik oczywiście w roli dziennikarki przeprowadzającej wywiad z kandydatem na prezydenta.

Tomasz Kot w filmie „Volta”

 

Niewymuszenie i swojskość 

Trzeba przyznać, że osadzenie akcji w Lublinie było strzałem w dziesiątkę. I nie mówię tu tylko o genialnym pomyśle jakim było pozyskanie środków na realizację filmu poprzez promocję miasta (i przy okazji całego regionu), ale jest to także najlepszy dowód na to, że warto szukać dalej i zacząć wykorzystywać filmowy potencjał mniejszych miast, a akcja kryminalnej komedii może rozgrywać się gdzieś indziej niż w Warszawie lub Krakowie. Lublin wygląda nadzwyczaj pięknie, a samo miejsce akcji podnosi dodatkowo atrakcyjność fabuły. Błyszczy całe województwo – odwiedzamy więc również Kazimierz Dolnym nad Wisłą (który występuje także jako zabawna gra z nazwiskiem polityka, w którego wciela się Braciak), a Zamek w Janowcu z powodzeniem wciela się w ruiny hiszpańskiego klasztoru na prowincji.

Największą zaletą filmu jest pewnego rodzaju swojskość i naturalne dla starszych filmów Machulskiego niewymuszenie – nie jest to komedia sensacyjna, która próbuje naśladować rozrywkowe kino amerykańskie, a produkcja stworzona w prawdziwym, rodzimym stylu. Stylu, który Machulski poniekąd sam stworzył, a który od lat (niestety z drobnymi potknięciami) konsekwentnie rozwija. Brakuje mi tutaj tylko jednego elementu, który byłby świetnym sposobem na sklejenie całości, czyli charakterystycznej ścieżki dźwiękowej. Czegoś, co od początku do końca budowałoby klimat (i tak jak w przypadku Kilera) po latach od premiery służyłoby jego identyfikacji w równym stopniu co kultowe teksty. Niestety, zamiast tego mamy nijaki muzyczny podkład i piosenkę i mało zjadliwą piosenkę Sarsy pojawiającą się w trakcie napisów końcowych.

Michał Żurawski w filmie „Volta”

Seans Volty chwilami może więc przypominać sentymentalną podróż. Nie jest to wprawdzie film, który niczym Kiler w krótkim czasie po premierze ma szansę na stanie się „kultowym”, ale jest to bardzo sprawnie skonstruowana komedia kryminalna z przekrętem w tle. Ponad półtorej godziny spędzone w kinie na nowym filmie Juliusza Machulskiego z pewnością można uznać za całkiem niezłą rozrywkę – także intelektualną. Pozostaje tylko jeden warunek – widz powinien choć na chwilę zapomnieć o schematach, do jakich przyzwyczaiło nas kino amerykańskie, a po prostu – całkowicie poddać się swojskiemu klimatowi, jaki tworzy reżyser.

Moja ocena: 7/10

Julia Kasprzak
Prawie Kino

„Volta”, reż. Juliusz Machulski (2017). W KINACH OD 7 LIPCA!

Fot. materiały prasowe filmu



'