Rozczarowanie werdyktem, czyli nasze subiektywne podsumowanie 41. Festiwalu w Gdyni

28 Wrz Rozczarowanie werdyktem, czyli nasze subiektywne podsumowanie 41. Festiwalu w Gdyni

  41. edycja Festiwalu Filmowego w Gdyni to druga edycja festiwalu, w której miałam okazję uczestniczyć. I choć za pierwszym razem byłam dosyć sceptyczna co do poziomu konkursowych filmów, bardzo pozytywnie się zaskoczyłam. Widać było pewien powiew świeżości. W tym roku naturalnie moje oczekiwania były na starcie dużo wyższe, zwłaszcza za sprawą tych najbardziej wyczekiwanych premier.

Jak deklarują organizatorzy, filmy w Konkursie Głównym to „wybór najciekawszych polskich filmów premierowych, debiutujących i nagradzanych na największych międzynarodowych festiwalach”. W tym roku prezentowanych tytułów było aż 16. To pozycje tak zróżnicowane pod względem stylistyki, tematyki czy wreszcie poziomu, że niektórych nie sposób w ogóle do siebie przyrównać. Jednak niektóre z nich skazane były od samego początku na porażkę, podczas gdy inne, obecne w mediach od paru miesięcy, lansowane i promowane, a do tego zgarniające nagrody na zagranicznych festiwalach – na spektakularny sukces. Nieprzypadkowo laureatka nagrody za reżyserię w Berlinie zdobyła w ubiegłym roku Złote Lwy za „Body/Ciało”, a Jerzy Skolimowski Nagrodę Specjalną Jury za swój niedoszły oscarowy film „11 minut”

I dlatego absolutnie nie dziwi ani triumf „Ostatniej rodziny” (nagrodzonej na Festiwalu w Locarno) ani „Zjednoczonych stanów miłości” (nagroda na Berlinale).


Złote Lwy bez zaskoczenia 

Kd8ktkqTURBXy82MDJmM2ZmMDc2NTdmMzM0NzViNzBlZjc4ODA1Y2U3Ni5qcGVnkpUDAGvNBADNAkCTBc0DIM0Bwg-2Obok „Wołynia” chyba najbardziej wyczekiwana premiera. Już sam zwiastun i fragmenty „Ostatniej rodziny” dawały pojęcie o tym, że będzie to przede wszystkim film aktorów, a rola Andrzeja Seweryna może okazać się wybitną, o ile nie wręcz rolą jego życia. Jak to również bywa przy tego typu produkcjach, na długo przed premierą w Gdyni, życiem i twórczością Zdzisława Beksińskiego (a przy okazji jego rodziny) zaczęła interesować się cała Polska. Emocje nie stygły aż do samej premiery, a dodatkowo podgrzewał je fakt, że film został zrealizowany przez debiutanta – Jana P. Matuszyńskiego. Ostatecznie obraz obsypany został najważniejszymi nagrodami: Złotymi Lwami dla najlepszego filmu wraz z nagrodą 100 tys. złotych (co ciekawe, do podziału: 60 tys. dla reżysera i 40 tys. dla producenta), a także dla najlepszych aktorów pierwszoplanowych – Andrzeja Seweryna i Aleksandry Koniecznej. Ponadto, obraz zdobył nagrodę dla najlepszego filmu, przyznawaną przez festiwalową publiczność.

„Jestem mordercą”, czyli doskonały thriller na miarę Srebrnych Lwów

Zanim jeszcze miałam okazję zobaczyć najbardziej wyczekiwane premiery, moim faworytem było „Jestem mordercą”, nowy film Marcina Pieprzycy. Z każdym festiwalowym dniem poprzeczka jednak rosła – przyszła kolej na „Zaćmę”, „Ostatnią rodzinę”, a wreszcie „Wołyń”. I trzeba przyznać, że nagrodzenie „Jestem mordercą” to jedna z lepszych decyzji Jury: film Pieprzycy to idealny laureat drugiego miejsca – świetnie zrealizowany i zagrany (Kulesza, Jakubik; choć zawiódł Haniszewski w roli 0004tz712webbohc-c122_3598e7ef89prowadzącego śledztwo).

Jest to także jeden z lepszych filmów poruszających tematykę kary śmierci w PRL. „Jestem mordercą” triumfował jeszcze w jednej kategorii – za scenariusz. Choć miał tu sporą konkurencję – chociażby oryginalne „Zjednoczone stany miłości” (nagrodzone przecież za scenariusz w Berlinie) czy też nieco bardziej kameralne, ale zgrabnie poprowadzone „Szczęście świata” – trzeba przyznać, że historia „wampira z Zagłębia”, seryjnego mordercy kobiet z lat 70. XX w. została całkiem umiejętnie przeniesiona na ekran. Bez zbędnego patosu czy rozwiązań ocierających się o kino sensacyjne (jak w „Sługach bożych”), które mogłyby wyjść tandetnie. W efekcie zaś powstał film ascetyczny, ale mocny, z klasą.

Wielcy wygrani, ale także wielcy przegrani

Decyzję Jury o wyróżnieniu takich, a nie innych filmów można tłumaczyć na wiele sposobów. Ja skłaniałabym się ku rozwiązaniu najprostszemu: nagrody zdobywają przede wszystkim filmy, które zostały już docenione za granicą – polskie Jury (choć w międzynarodowym składzie) nie może być przecież gorsze od Jury zagranicznego. Sprawdza się to zarówno jeśli chodzi o „Ostatnią rodzinę” jak i „Zjednoczone stany miłości” – nagrodzonych za reżyserię dla Tomasza Wasilewskiego, niesamowitą scenografię oraz dla aktorów drugoplanowych – rewelacyjnej Doroty Kolak i Łukasza Simlata. Rozczarowanie budzi właśnie ta ostatnia nagroda – kreacja Simlata na tle takich kreacji jak choćby Janusza Gajosa w „Zaćmie” wypada po prostu blado.

Największym rozczarowaniem było jednak potraktowanie przez Jury filmu „Wołyń” – konsekwentnie pomijanego w najważniejszych kategoriach.

R_tktkqTURBXy9hZGJiZDYxMDNlMTY1ZDMxODIyMmM4NDIzNzNkOTQ4NC5qcGVnkpUDACnNBLDNAqOTBc0DIM0BwgNie dziwi wprawdzie brak nagród dla aktorów, których postaci na tle całego filmu były dosyć bezbarwne. Film został doceniony jedynie w kategoriach raczej pobocznych – za najlepsze zdjęcia dla Piotra Sobocińskiego Jr. i za charakteryzację. Plus dla Michaliny Łabacz za najlepszy profesjonalny debiut – tu akurat bez zaskoczenia, bo, choć należy jej się uznanie, właściwie nie miała ona konkurencji (podobnie jak Zosia Wichłacz, która debiutowała w „Miasto 44”).

Według Jury film Wojtka Smarzowskiego nie zasługiwał nawet na drugie miejsce. Mnie osobiście bardzo rozczarował brak nagrody dla najlepszego reżysera, który idealnie połączył w „Wołyniu” walory artystyczne z ogromem pracy, jaka musiała zostać włożona, aby obraz był autentyczny. Oryginalna koncepcja Wasilewskiego zasługuje oczywiście na uznanie; to jednak nic w porównaniu z tym, czego musiał dokonać Smarzowski. Nakręcił on bowiem film bardzo dojrzały, bardzo równy w każdym istotnym aspekcie. Właśnie tą dojrzałością i dbałością o najmniejszy detal przewyższa „Ostatnią rodzinę”.

„Zaćma” Ryszarda Bugajskiego, czyli największy przegrany Gdyni

t8jktkqTURBXy8yMmNhZDUxYWNkMzllMjFhZGFlNTM4YTZlYzQ3NmY1Yy5qcGVnkpUDOQDNA47NAgCTBc0DIM0Bwg

Kolejnym wielkim przegranym jest film autora „Przesłuchania” i „Układu zamkniętego”.

„Zaćma” to kameralna opowieść o ostatnich latach Julii Brystygierowej (Maria Mamona), kierującej w latach 50. XX w. osławionym V departamentem w Ministerstwie Bezpieczeństwa. Znana głównie z okrutnego traktowania więźniów, skutecznie zwalczała wielu „wrogów systemu”, a jej głównym zadaniem była walka z Kościołem. W filmie śledzimy epizod z jej życia, kiedy to chce się ona spotkać prywatnie z prymasem Wyszyńskim (w tej roli epizodyczna, ale genialna rola Marka Kality). Spotkanie to jest tylko pretekstem do ukazania rozterek, które targają główną bohaterką. Retrospekcje, a także rozmowy z siostrą zakonną (Małgorzata Zajączkowska) i niewidomym księdzem (Janusz Gajos) pomagają lepiej zrozumieć bohaterkę i przemianę, jaka w niej zachodzi.

Podkreślam – zrozumieć, nie usprawiedliwić – bo wiem, że może pojawić się zarzut, że jest to próba wybielenia „krwawej Luny”. Moim zdaniem granica dobrego smaku nie została tu przekroczona, a film pokazuje w istocie dramat zagubionego człowieka, poszukującego wiary. Szkoda przede wszystkim z powodu niedocenienia rewelacyjnej kreacji Marii Mamony.

Nie tylko wielkie tytuły

TMPktkqTURBXy8zNGY4YTdhNjFiODM2MGJiNzI5YTUzMzRiNGM5YWE0MC5qcGVnkpUDACPNBADNAkCTBc0DIM0BwgOprócz świetnych, wielkich tytułów, festiwal obfitował w kilka filmów niezłych – do takich możemy zaliczyć choćby „Szczęście świata” Michała Rosy (znany szerszej publiczności jako reżyser m.in „Czasu honoru”), film pozbawiony wielkich ambicji, ale przy tym oryginalny, klimatyczny i przede wszystkim atrakcyjny od strony wizualnej. Śląska kamienica i jej mieszkańcy latem 1939 roku – piękna Żydówka Róża (Karolina Gruszka) oraz zauroczeni nią trzej mężczyźni: Polak, Niemiec i Ślązak. Do tego świetna muzyka Motion Trio nagrodzona przez Jury. Sentymentalny powrót do świata, którego już nie ma.

Warto też przypomnieć o „Czerwonym pająku”. Film nieco już zapomniany (podobno sami twórcy nie zgłosili go do udziału w zeszłej edycji konkursu), debiut fabularny Marcina Koszałki dostał nagrodę za „pokonywanie granic gatunkowych”.

Kuriozalne propozycje albo filmy, które najbardziej podzieliły gdyńską publiczność

Do takich filmów zaliczam „Królewicza Olch” Kuby Czekaja, który debiutował w zeszłym roku w Gdyni kontrowersyjnym „Baby bump” – wtedy jeszcze w konkursie „Inne spojrzenie” – którego to nazwa chyba idealnie oddaje to, czym jest również i ten film. Połączenie rozterek genialnego nastolatka z inspiracjami Goethem jest może i ciekawe. Nasuwa się jednak pytanie czemu służy i co z tego de facto wynika… Zwłaszcza, że po „Baby bump” rozczarowuje swoim niskim poziomem szokowania.

69245bd2-46e3-4501-b987-ebc04de25640.tifInną ciekawostką, bo nie sposób nazwać tego inaczej, były “Wszystkie nieprzespane noce” Michała Marczaka, które według twórców są zapiskiem życia (głównie nocnego) warszawskiego środowiska “hipsterów”. Ciekawy pomysł, często trafne i autentyczne dialogi (pewnie głównie za sprawą amatorów aktorów, którzy w filmie grali po prostu samych siebie) mogłyby się znakomicie sprawdzić, ale w formie filmu krótkometrażowego – np. wersji 30 min. W efekcie powstał chaos – za sprawą dziwnie zmontowanych, czasem wydawałoby się, że przypadkowo, scen. Seansowi towarzyszyło zaś kilkukrotne spoglądanie na zegarek.

Szczytem kuriozum były „Fale”, który to film, zaraz po „Królewiczu Olch”, nazwałabym najsłabszą festiwalową propozycją. Historia dziewczyn z zakładu fryzjerskiego może i miała potencjał, wyszło jednak nieciekawie.

O uczestnictwie „Planety singli” w tym konkursie zaledwie napomknę – choć nie jest to film film zły, jego uczestnictwo w jednym konkursie z „Wołyniem” wydaje się co najmniej zabawne, a przynajmniej z góry skazane na porażkę.

Szokowanie jako przepis na sukces

„Plac zabaw” był chyba filmem, który najbardziej podzielił festiwalową publiczność – jedni byli zachwyceni bezkompromisowym ujęciem tematu, inni określali go „nieporozumieniem”. A pokaz na głównej festiwalowej sali Teatru Muzycznego ma przejść do historii jako trzaskanie drzwiami i okrzyki oburzenia.

W debiucie reżyserskim, który Jury ogłosiło najlepszym, Bartosz M. Kowalski porusza temat dziecięcej psychopatii – historia trzech 13-latków prowadzi do tragicznego, szokującego finału. Nastolatkowie ukazani są jako bezwględne wcielenia zła, na które, jak mówi twórca, nie ma racjonalnego wytłumaczenia. Siła tej inspirowanej faktami historii oparta jest właśnie na szokowaniu. Przy tym jednak niczego nie tłumaczy, co dla mnie osobiście jest drogą na skróty. Kowalski pokazuje coś, czego nie chcemy oglądać. Co z tego możemy wyciągnąć? Próba wytłumaczenia byłaby dużo trudniejsza. A poprzez chłodną narrację widz staje się obojętnym świadkiem. Jest przerażony, pozostawiony sam sobie. Ale nie wyciąga żadnych konstruktywnych wniosków z tego, co zobaczył na ekranie.

full_plac_zabaw_bartosz_m_kowalski_770

Nie tylko Konkurs główny

Oprócz pokazów w ramach Konkursu Głównego można było zobaczyć wiele pokazów specjalnych, jak choćby retrospektywę Andrzeja Żuławskiego czy filmy polskiego kina przedwojennego.

Inną konkurencją było natomiast „Inne spojrzenie”, wfotos_by_Claire_Xavier2.jpg_standa którym o nagrodę walczyły filmy wykraczające poza ramy konwencjonalnego kina. Konkurencję wygrało „Ederly” (co prawda ex-aequo z „Biurem budowy pomnika”). Moim zdaniem bardzo zasłużenie.

Film Piotra Dumały, z opisu wyglądający na próbę nawiązania do „Salta” Tadeusza Konwickiego, budził obawy, że okaże się zaledwie nędzną podróbką. Wyszło z klasą, bardzo klimatycznie, a do tego zabawnie – ze świetnymi zdjęciami Adama Sikory, które stylistycznie nawiązywały do sztandarowych dzieł ekspresjonizmu niemieckiego.

Rozczarowanie werdyktem

Chociaż Jury słusznie wyróżniło wiele znakomitych produkcji, niektóre pominęło w mniejszym lub większym stopniu. Spotkałam się z wieloma opiniami, które określały festiwal jako „starcie młodych ze starymi”, sugerując, że na naszych oczach dokonuje się zmiana pokoleniowa i podając młodych jako wygranych w tym starciu. Moim zdaniem niekoniecznie. Nie da się zaprzeczyć, że „idzie nowe” i należy się tylko z tego cieszyć, nie sądzę jednak, że należy całkowicie oddać im głos. Młodym, choć sprawnym warsztatowo brakuje często dojrzałości w ujęciu tematu – podczas gdy zabierają się za same najpoważniejsze. Przypomina to starcie dwóch punktów widzenia – stawiania pytań bez próby wyjaśniania (Kuba Czekaj, Bartosz M. Kowalski) versus podawanie przemyślanych prób odpowiedzi (Smarzowski, Bugajski).

Julia Kasprzak

Prawie Kino NZS UW

Fot. materiały prasowe filmów