Nowe oblicze Gwiezdnych Wojen- recenzja filmu „GWIEZDNE WOJNY: OSTATNI JEDI”

14 Sty Nowe oblicze Gwiezdnych Wojen- recenzja filmu „GWIEZDNE WOJNY: OSTATNI JEDI”

Ukazanie się najnowszej części słynnej serii „Star Wars”, czyli „Gwiezdne Wojny” w kinach  urosło do rangi kultowego wydarzenia kulturalnego. Bilety na przedpremierę 13 grudnia rozeszły się w mgnieniu oka i trzeba przyznać, że było na co czekać. Twórcy filmu po raz kolejny stawiają swoich bohaterów w sytuacji zagrożenia, która zmusza ich do podjęcia konkretnych działań, dokonania trudnych i bolesnych decyzji. Spektakularne sceny walki, pojedynków  między ciemną a jasną stroną mocy to jedna z wielu zalet kolejnej części serii. W wielu z nich uczestniczyć będzie Rey, nowa nadzieja Ruchu Oporu. Widzowi łatwo jest się identyfikować z jej postacią, gdyż tak jak każdy poszukuje swojej drogi oraz odpowiedzi na dręczące ją pytania. Jej przewodnikiem staje się Luke Skywalker, który odkrywa przed nią prawdziwe znaczenie i potęgę mocy. W międzyczasie bohaterowie poprzedniej części próbują wydostać się spod ostrzału frachtowców. Tym razem bezpośrednim zagrożeniem nie jest Gwiazda Śmierci, lecz nowe technologie, które pozwalają na wykrycie statku, wchodzącego w nadprzestrzeń. Przywództwo Ruchu Oporu wciąż pozostaje w rękach Lei. W tej roli znakomita Carrie Fischer, której niespodziewane odejście pozostaje nieodżałowaną stratą w świecie kina. Również nieustannie podczas projekcji, towarzyszy nam bohaterska postawa Poego, dzielnego pilota o zbyt dużych skłonnościach do ryzyka. Starcie, w którym również on weźmie udział spowoduje, iż jego perspektywa i sposób odbierania świata ulegnie zmianie.

 

Podobne odczucia i chęć zmiany towarzyszą postaci Kylo Rena, głównego czarnego charakteru, który pada ofiarą  wyrzutów sumienia po zabiciu ojca. Jest wewnętrznie rozdarty w związku z czym raz bardziej skłania się ku ciemnej strony mocy, raz ku tej pełnej światła. Na pewno nie każdy z nas ma w dalszej perspektywie tego typu doznania emocjonalne, dlatego też kryzys tożsamościowy i niemożność wybrania strony mogą na pierwszy rzut oka  wydać się widzowi niezrozumiałe. Jednak ta niestałość w uczuciach sprawia, że Ren zyskuje ludzką twarz. Jego słabym punktem wciąż pozostaje łatwość w uleganiu gniewowi. W poprzedniej części zostało to ujęte w dość humorystyczny sposób, lecz w tej przyczynia się do uznania Rena za niekompetentnego ucznia. Jego mistrz początkowo miał go za godnego następcę Darth’a Vadera, jednak z czasem zaczyna dostrzegać, iż ambiwalentne odczucia Rena zaczynają zaburzać racjonalny osąd sytuacji. Gniew skierowany w stronę rebeliantów może być potężną bronią w starciu obydwu stron, lecz użyty pod wpływem poczucia winy może doprowadzić do zguby samego Snoke’a. W mojej opinii właśnie dzięki drobiazgowej kreacji psychologicznej Rena postać została przyjęta cieplej niż poprzednio. W „Przebudzeniu mocy” moment, w którym nowa nadzieja na odbudowanie potęgi ciemnej mocy odkrywała swe oblicze z piersi prawie każdego z widzów wydobywał się jęk zaskoczenia połączonego z mocnym zawodem. Muszę przyznać, iż również i mnie przeszło przez głowę takie dziwne poczucie niedopasowania aktora do tej istotnej roli dramatycznej.

Postać od początku miała być odzwierciedleniem młodego, zagubionego człowieka, niepanującego nad swoimi instynktami. Mimo to spodziewaliśmy się dostrzec pod maską ostre rysy człowieka naznaczonego swoimi doświadczeniami, który choć w niewielkim stopniu posiadałby ten męski pierwiastek. Zamiast tego naszym oczom ukazał się widok dziecka. Pomimo takiego odbioru postaci w poprzedniej części nie traćmy wiary w twórców, ponieważ właśnie dowiedli, iż nasze pierwsze wrażenie jest mylne.

Kadr z filmu „Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi”

W mojej opinii postać Rena jest jednym z mocniejszych punktów tego filmu. Sposób zagrania  postaci przez młodego aktora nie jest jednoznaczny. Jednocześnie wzbudza sympatie przez ukazanie szerokiego spectrum pozytywnych ludzkich cech, a z drugiej strony poczucie niezrozumienia i miejscami niechęci spowodowanej najprawdopodobniej odebraniem publiczności przyjemności oglądania na ekranie legendarnego Hana Solo. Ambiwalentne  odczucia widzów dowodzą dobrze wykonanej pracy przez młodego aktora, który jeszcze nie  raz może nas zaskoczyć swoimi aktorskimi umiejętnościami.

 

Kylo Ren to jedna z nowszych kreacji w serii, jednak twórcy filmu nie zapomnieli o wiernych widzach „Star Wars”, powracając do postaci i wątków dobrze nam znanych. Jedną z takich postaci jest Luke Skywalker. Zniszczony przez własne demony, nie może się pozbyć poczucia winy i wiedzie życie z dala od wszystkiego i wszystkich. Luke jest postacią dynamiczną i tak jak u innych bohaterów zmienia się jego sposób myślenia i postępowania. Jego postać przyczynia się do zarysowania wyraźnego zderzenia dwóch różnych pokoleń na ekranie. Z jednej strony nowe pokolenie niekonwencjonalnych bohaterów nie tylko stawiających opór wszelkiemu złu, lecz także toczących wewnętrzną walkę z samym sobą. Zaś z drugiej, starsze pokolenie, które zawsze wie co należy czynić i jak powinno się postępować. Widz staje się świadkiem naturalnego rozwoju wypadków, czyli ustąpienia miejsca młodszym pokoleniom przez starsze pokolenie. Myśl ta zapewne przyświecała twórcom, podczas tworzenia postaci Finna, z którym mieliśmy okazję zetknąć się już w „Przebudzeniu Mocy”.

Kadr z filmu „Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi”

 

Postać Finna w mojej opinii jest wynikiem pojawienia się konwencji zmiany ról. Nie odgrywa roli typowego męskiego bohatera. Częściej wydaje się znajdować w opresji niż ratować innych. Do roli jego wybawicielki przeznaczona była Rey, a obecnie nowopoznana bohaterka, Rose Tico, która stanie się głosem rozsądku Finna. Innym istotnym aspektem tej postaci jest wątek humorystyczny. Gestykulacja i mowa ciała to jeden sposób na wywołanie śmiechu, lecz niezawodny Finn, dzięki swojemu doświadczeniu jako Stormetrooper, zawsze służy radą, kiedy trzeba dostać się do jednego konkretnego miejsca, wykonać misję, która z góry wydaje się być sprawą przegraną. Jednak oddajmy tej postaci sprawiedliwość. Łatwo daje się ponieść swoim słabościom, szybko poddaje się poczuciu zwątpienia, ale z czasem zmienia się w prawdziwego bohatera.

 

Humorystyczna kreacja Finna to nie jedyny wątek komediowy tego filmu, humor towarzyszy nam niemal nieustannie. Natłok sytuacji, wywołujących szczery śmiech, jest wręcz obezwładniający. Niestety, film bardziej przypomina zręcznie uformowaną komedię, odbierającą trochę dramatyzm charakterystyczny dla Star Wars. Twórcy, zapewne zgodnie z zasadą równowagi mocy, chcieli utrzymać konwencje poprzedniej części – zwiększyć dawkę humoru i jednocześnie zestawić ją z scenami walk emocjonalnej, duchowej i fizycznej bohaterów. Choć wprawdzie  doceniam te śliczne małe stworki, cieszące się lotem Sokołem Milenium w towarzystwie Chewbacca’i, to żałuję, że jednak ta równowaga między treścią istotną a komediową nie została do końca zachowana.

Kadr z filmu „Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi”

Przejdę do najsłabszego punktu, czyli postaci Snoke’a.  Żałuję, iż do stworzenia kreacji tej postaci posłużono się metodą „rendering’u”, czyli nakładania obrazu komputerowego na prawdziwego aktora w specjalnym stroju. Warto wspomnieć, iż owym aktorem jest Andy Serkis, wśród którego dokonań widnieje również rola Golluma  w filmie „Władca Pierścieni”, postaci łudząco podobnej do naszego czarnego charakteru. Snoke w żadnym wypadku nie wzbudza strachu ani grozy jak postać Palpatina. Sceny z jego udziałem wpływają na tok fabuły, ale nie pozostawiają żadnych odczuć ani refleksji u widza. Zaangażowanie Andy’ego Serkisa dosłownie, we własnej osobie mogłoby przyczynić się  do dostrzeżenia przez widza choć cienia emocji postaci. Inną kwestią, nurtującą przeciętnego widza, jest pytanie o pochodzenie Snoke’a. Być może brak chęci rozszerzenia tego wątku wynika z ilości innej, istotnej treści, którą reżyser chciał zawrzeć.

 

Jednakże w kwestii historii innych postaci, więzi dwojga głównych bohaterów, twórcy popisali się swoimi umiejętnościami. Relacje Rey i Rena stanowiły kluczowy punkt opowieści. Ukazanie poprzez ich więź jednocześnie tak dużego kontrastu i równie wielu cech wspólnych okazało się dobrym posunięciem. Sama postać Rey jest obiecująca, widz domaga się więcej. Jej historia, sposób bycia są na tyle intrygujące, że wciągają nas w jej własny świat. Nie pomijając również faktu, iż pozostaje materiałem skrojonym idealnie na modelowego bohatera. Opanowanie, spryt, szybkość w podejmowaniu decyzji, odwaga – to tylko niektóre z jej licznych zalet.

Kadr z filmu „Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi”

 

Losy postaci Rey i Rena to główne wątki naszej opowieści, ale czym by ona była bez pomniejszych bohaterów, dopełniających niezwykły świat „Star Wars”. Przy tej okazji warto wspomnieć o dwóch przeciwstawnych postaciach: generale Huxie i Wiceadmirał Holdo. Rola Domhnalla Gleesona  jako podwładnego z wielkimi ambicjami dopełniła detalicznie skonstruowany świat Star Wars, zaś  wybór do roli Wiceadmirał Laury Dern, muzy Lyncha, wzbudził niemałą sympatię. Holdo to postać niejednoznaczna, która dzięki swojej pomysłowości i sprytowi zyskała przychylne grono widzów.

 

Jeśli chodzi o symbolikę to bardzo podobało mi się rzeczywiste odniesienie do realiów potyczek wojennych, kiedy nie tylko mamy do czynienia z dwoma stronami konfliktu, ale też z tymi, którzy je finansują. Tutaj takim miejscem była Canto Bight, gdzie bogacze oddawali się wszelkim drogim rozrywkom, dzięki funduszom zdobytym na handlu bronią. Pokazuje to obraz ludzi oderwanych od rzeczywistości, postrzegających świat jako jeden wielki biznes. Warto wspomnieć, iż miejscem kręcenia części z tych scen był Dubrovnik, chorwacka perła architektoniczna. To właśnie jej mury posłużyły za scenografię Canto Bight.

Kadr z filmu „Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi”

 

Inne wątki nagrane częściowo w prawdziwej scenerii to sceny batalistyczne. Jak zawsze przemyślane w każdym szczególe, zrealizowane z rozmachem i intrygującym zamysłem. Pomysł nakręcenia ich na słonej pustyni w Boliwii przyczynił się do stworzenia niesamowitego efektu. Potyczka kilku starych samolotów z całą potęga Najwyższego Porządku wywarła ogromne wrażenie. Nadszarpnięte zębem czasu pojazdy, które nie mogąc się wzbić w powietrze, śrubowały podłoże, aby utrzymać równowagę, stanowiły obraz od którego nie można było oderwać oczu. Pomysł pozostawiania przez samoloty czerwonych śladów na białym podłożu można uznać za wybitnie trafiony. Ten efektowny zamysł wzbudził podziw wśród publiczności. Dodatkowo kontrast między czerwienią i bielą zintensyfikował wrażenia estetyczne widzów. Trzeba przyznać, iż sceny batalistyczne były poprowadzone w inteligentny, przemyślany i zachwycający sposób.

 

Jeśli chodzi o koncepcję filmu to równowaga między humorem a patosem nie do końca została zachowana. Film bardziej przypomina komedię, poruszającą wątki związane z historią Jedi i mocy. Jednak mocno zarysowane postacie, niejednoznaczność ich postępowań oraz sposobu myślenia wynagradza to potknięcie. Praktycznie nad kreacją każdej z postaci spędzono mnóstwo czasu. Ich historie są rozbudowane i razem tworzą sieć powiazań, która stanowi fundament całej opowieści. Wyjątkiem od tej reguły jest postać Snoka. W mojej opinii powinno się poświęcić więcej czasu na stworzenie szczegółowego profilu postaci, wymyślenie jego historii oraz motywów postępowania. Dopracowanie tego bohatera miałoby kluczowe znaczenie dla wiarygodności postaci. Snoke nie wzbudza strachu ani trwogi, wywołuje jedynie niedosyt, bo w opowieści zaczyna brakować istotnego elementu, czyli mistrza, przewodnika młodego Rena. Pomijając przywódcę Najwyższego Porządku, inne  aspekty tego filmu zostały drobiazgowo zaplanowane. Sceny batalistyczne, które utrzymują w napięciu i nieustannym zachwycie nad pomysłowością twórców. Nowi aktorzy wprowadzają do serii powiew świeżości i inną perspektywę. Możemy spojrzeć ich oczami na każdy aspekt tej wojny. Z drugiej strony, z żalem żegnamy się z wielkimi postaciami serii, takimi jak Leia i Luke, które do tej pory dzielnie stawały w obronie dobra. Bohaterowie Rey i Ren wydają się być ich godnymi następcami. Film mógłby być lepszy, bardziej dopracowany i przemyślany, ale najbardziej na świecie lubimy niedoskonałości i niedociągnięcia, a co może być bardziej pociągające niż podjęcie się kręcenia nowych „Star Wars” i poprawienia tych małych błędów. Tą tajemnicę zdradzi nam być może reżyser kolejnej części, o której plotki krążą od dłuższego czasu.

Moja ocena: 7/10
Joanna Waszkiewicz
Prawie Kino

„Ostatni Jedi” , reż. Rian Johnson (2017). W KINACH OD 13 GRUDNIA!