LEGENDĄ BYĆ… czyli najlepsze muzyczne biografie!

12 Mar LEGENDĄ BYĆ… czyli najlepsze muzyczne biografie!

Podobno to życie pisze najlepsze scenariusze. Nic dziwnego, że twórcy filmowi tak często biorą na warsztat historie najwybitniejszych indywidualności, jakie dały się poznać światu. Ekranowych życiorysów jest tak wiele, że nie sposób ich wszystkich zliczyć – dzieje aktorów, podróżników, polityków, artystów, działaczy społecznych… Można by tak wymieniać w nieskończoność. Filmowe biografie odnosiły sukcesy już w okresie kina niemego, a szczególną popularność zyskały już w kinie dźwiękowym, dzięki serii wyprodukowanej przez hollywoodzką wytwórnię Warner Bros  („Życie Emila Zoli” czy „Imagine: John Lennon). W związku z tym, że muzyka (przede wszystkim rockowa) jest moją ogromną pasją, przez dwadzieścia lat swojego życia zdążyłam obejrzeć praktycznie każdą biografię muzyka, o której tylko usłyszałam. Nie jestem w stanie opisać ich wszystkich, postanowiłam więc wybrać kilka tych, według mnie, najciekawszych, najgłośniejszych, najbardziej muzycznych – w których aktorzy wcielający się w legendy muzyki zrobili to tak przekonująco, że w pewnym momencie zaczęłam mieć wrażenie, że oglądam nie film, a nagranie ich życia!

 

„SID I NANCY” (Sid and Nancy, reż. Alex Cox, 1986)

Sid Vicious i Nancy Spungen (po lewej) oraz Gary Oldman i Chloe Webb w filmie „Sid i Nancy”

Sid Vicious to legendarny już basista brytyjskiego zespołu Sex Pistols. Nancy Spungen to amerykańska groupie, która przyjechała do Londynu, by „przespać się z Sex Pistols”. Para poznała się w Londynie w 1977 roku, gdzie, jak oboje twierdzili, dopadła ich miłość od pierwszego wejrzenia. Ich związek był jednym długim heroinowym ciągiem, przeplatanym bójkami, agresją i ostrymi kłótniami. Romans zakończył się tragicznie dla obojga. Nancy zmarła 13 października 1978 roku w wyniku pchnięcia nożem myśliwskim w brzuch, a o jej morderstwo został oskarżony kochanek, który sam zmarł w nocy z 1 na 2 lutego 1979 roku, po przedawkowaniu heroiny. Sid zostawił list pożegnalny, w którym życzył sobie, aby pochowano go razem z ukochaną. Barwna historia, prawda? Nic dziwnego, że niedługo po śmierci obojga Alex Cox postanowił przenieść ją na wielki ekran. Vicious’a poznajemy w momencie, gdy dołącza do odnoszącego sukcesy zespołu Sex Pistols. Bardzo szybko orientujemy się, że chłopak tak naprawdę nie ma praktycznie żadnych zdolności muzycznych. Jego droga na samo dno rozpoczyna się wraz z poznaniem Nancy. To właśnie ona wciąga go w dwa największe uzależnienia – od heroiny i od samej siebie. Przez cały film obserwujemy historię ich toksycznej i niszczącej obojga miłości, która, niestety, kończy się dla obojga tragicznie. Sid z niewiadomych przyczyn morduje ukochaną. Trafia do aresztu, z którego wychodzi za kaucją. Zapadająca w pamięć jest ostatnia scena dzieła Cox’a. Reżyser w metaforyczny i wzruszający sposób pokazuje nam, że para jest i już zawsze będzie razem, mimo wszystko, na przekór całemu światu. W muzyka wcielił się 28-letni wówczas Gary Oldman. Była to jedna z pierwszych ról aktora i to właśnie ona sprawiła, że zwrócił na siebie uwagę publiczności i krytyków. To, co mnie zadziwiło, to niesamowite podobieństwo Oldman’a do basisty. Aktor wciela się w swoją postać tak przekonująco, że widz w pewnym momencie może odnieść wrażenie, jakby na ekranie oglądał rzeczywistego Sida – punka z prawdziwego zdarzenia. Gary poświęcił wiele, aby jak najlepiej przedstawić postać muzyka. Scenariusz zakładał, iż aktor musi schudnąć, jednak w wyniku drastycznego spadku wagi młody Oldman trafił do szpitala z objawami niedożywienia organizmu i wyczerpania. W czasie kręcenia filmu nosił on na sobie prawdziwy naszyjnik Sida, podarowany mu przez matkę głównego bohatera, specjalnie na jego potrzeby. Główną rolę żeńską odgrywa tu Chloe Webb. Co ciekawe, w castingu na postać Nancy brała udział również Courtney Love (wokalistka punkowego zespołu Hole, prywatnie żona Kurta Cobaina). Reżyser był pod wrażeniem jej możliwości aktorskich, inwestorzy nalegali jednak, aby w rolę groupie wcieliła się aktorka z doświadczeniem. Love ostatecznie pojawiła się w filmie w drugoplanowej roli przyjaciółki Nancy. Webb za rolę ukochanej basisty Sex Pistols otrzymała nagrodę Amerykańskiego Stowarzyszenia Krytyków Filmowych dla najlepszej aktorki. Sam obraz nominowany był do nagrody BAFTA za najlepszą charakteryzację. Film jest ciekawą propozycją nie tylko dla fanów muzyki rockowej czy punkowej, ale też dla tych, którzy interesują się filmową charakteryzacją. Warto obejrzeć choćby ze względu na świetną rolę Gary’ego Oldman’a, surowy klimat i naprawdę niezły soundtrack.

„CONTROL” (reż. Anton Corbijn, 2007)

Ian Curtis (po lewej) i Sam Riley w filmie „Control”

Kim był Ian Curtis? W filmie jawi się on jako neurotyczny, nadwrażliwy mieszkaniec Macclesfield, wielki fan muzyki, a jego idolami są Iggy Pop i David Bowie. Pełny sprzecznych uczuć pisze wiersze i piosenki, które chowa na dwie oddzielne półki. Zostaje mężem i ojcem w bardzo młodym wieku, okazuje się jednak, że dorosłe życie nie jest takie łatwe, co doprowadza go do rozczarowań i związku z kochanką Annik Honoré (Alexandra Maria Lara). Control to debiutancki film Antona Corbijna zrealizowany na podstawie książki „Touching from a Distance” autorstwa Debbie Curtis – żony wokalisty zespołu Joy Division, założonego w 1976 roku w Wielkiej Brytanii. Skąd tytuł filmu? Odnosi się on bezpośrednio do piosenki „She’s lost control”. Tekst mówi o chorej na epilepsję dziewczynie, którą Curtis poznał pracując w biurze pośrednictwa pracy. Jej śmierć w czasie jednego z ataków bardzo go poruszyła – reżyser nie pominął tego ważnego epizodu z życia Ian’a w filmie. Obraz przedstawia 7 ostatnich lat życia muzyka – od czasów licealnych aż do smutnej, niezrozumiałej śmierci samobójczej. Młody Ian (Sam Riley) jest rozdarty wewnętrznie – z jednej strony pragnie zostać na zawsze młodym, niezależnym, kontrowersyjnym muzykiem-anarchistą. Z drugiej – dąży do stabilizacji, co mają mu zapewnić żona, dziecko, mieszkanie oraz praca na etacie urzędnika. Jego muzyczne pragnienia biorą jednak górę nad wszystkim. Wraz z kolegami zakłada zespół Warsaw, ostatecznie przekształcony w symbol brytyjskiego punk rocka – słynną grupę Joy Division. Nie da się ukryć, że chłopcy nie mają wybitnego talentu muzycznego. Są jednak przebojowi, odważni, z głowami pełnymi pomysłów, dzięki czemu zwracają na siebie uwagę publiczności, zyskując tym samym uznanie i wymarzoną sławę. Z czasem jednak lider grupy staję się coraz bardziej zagubiony – popada w depresję, cierpi z powodu rozwijającej się epilepsji, zaniedbuje kochającą żonę (Samantha Morton), wiąże się z kochanką. Nie potrafiąc odrzucić żadnej z nich tkwi w trójkącie, który tylko pogłębia jego smutek. Ian postanawia więc zakończyć życie – popełnia samobójstwo w wieku niespełna 23 lat. Robi to wieszając się w swoim domu, oglądając w tym samym czasie film „Stroszek” Wernera Herzoga. Control należy do niezwykle charakterystycznych produkcji, przypominając raczej obraz z pokroju kina niezależnego. Co ciekawe, jego kręcenie zajęło Corbijnowi równy rok. Obraz utrzymany jest w tonacji czerni i bieli. Początkowo trzeba było jednak nakręcić go w kolorze i później dopiero przetworzyć na czarno-biały. Próby z kręceniem od razu w czerni i bieli nie powiodły się, ponieważ film nie był zbyt dobrej jakości. Gratką dla fanów Joy Division i muzyki w ogóle jest niezwykle bogaty soundtrack. Słyszymy tu nie tylko utwory bandu Curtisa, ale również grupy New Order – zespołu założonego przez byłych członków Joy Division zaraz po samobójczej śmierci ich lidera. Ciekawostką jest fakt, że aktorzy grający w filmie sami wykonują utwory brytyjskiego zespołu! Z wszystkich filmów, które tu opisuję ten zdecydowanie najbardziej przypomina dokument, w którym wydaje się, że obserwujemy wokalistę we własnej osobie, a nie wcielającego się w jego rolę aktora. Film niezwykły, niecodzienny, godny polecenia.

„SKAZANY NA BLUESA” (reż. Jan Kidawa-Błoński, 2005)

Rysiek Riedel (po lewej) i Tomasz Kot w filmie „Skazany na bluesa”

Pamiętam, jak po raz pierwszy obejrzałam ten film w wakacje parę lat temu. Tego dnia wróciłam z pracy i marzyłam tylko o tym, żeby jak najszybciej położyć się spać. Do snu włączyłam sobie telewizję, na Dwójce zaczynał się właśnie Skazany na Bluesa. Z czasem trwania filmu moje zmęczenie ustępowało miejsca wielkiemu zainteresowaniu biografią jednego z najwspanialszych polskich muzyków –  Ryśka Riedla, lidera słynnego zespołu Dżem, który przez większość swojego życia zmagał się z silnym uzależnieniem od narkotyków. Nałóg niewątpliwie utrudniał mu życie – zarówno prywatne jak i to na scenie. Jednak zawsze miał on przy swoim boku żonę, Małgorzatę, zwaną przez męża „Golą”. W rolę słynnego muzyka wciela się jeden z najlepszych, moim zdaniem, polskich aktorów – Tomasz Kot. Choć nie widzę dużego podobieństwa między nim a Ryśkiem, charakteryzacja sprawia, że niezwykle przyjemnie ogląda się go na ekranie. Widać, że utożsamia się z graną przez siebie postacią i nie można zaprzeczyć, że świetnie nadaje się do roli przedstawiając Ryśka takim, jakim był naprawdę – Indianinem, marzycielem, pacyfistą, ale też samotnikiem, buntownikiem i narkomanem. Nie da się nie zauważyć jednak, że w scenach koncertów nie śpiewa Tomasz Kot. Słyszymy tu oryginalny śpiew Ryśka, co trochę psuje efekt (ale tylko troszkę). Moje serce podbiła również świetna Jolanta Fraszyńska, która wcielając się w postać Gosi stworzyła obraz kobiety będącej w stanie poświęcić wszystko dla swojego ukochanego męża (za rolę zdobyła Złotą Kaczkę dla Najlepszej polskiej Aktorki w 2006 roku) i akceptowała Ryśka takim, jakim był. Początkowo starała się walczyć z jego uzależnieniem, z czasem jednak pogodziła się z tym, iż stoi na przegranej pozycji. Nigdy nie zdecydowała się go opuścić, do samego końca zajmowała się mężem, jego karierą, a także dziećmi i domem. W filmie są dwie sceny, które ukazują siłę ich miłości i wzajemnego oddania. Pierwsza, gdzie Gosia widząc praktycznie nieprzytomnego od narkotyków Ryśka siada na podłodze, obwiązuje rękę gumową rurką i chce wstrzyknąć sobie dawkę narkotyku. Być może chciała w ten sposób sama zobaczyć, co czuje jej uzależniony mąż. Druga to ta, w której Gola prosi Ryśka, aby ten po prostu ją kochał i robił wszystko, aby ona wiedziała, że robi to naprawdę. Ciekawy jest fakt, że rolę Indianera, przyjaciela Riedla, który, według filmu, wprowadził go w nałóg, odgrywa Maciej Balcar – obecny wokalista zespołu Dżem. Uwagę zwracają również narkotyczne wizje Ryśka, w których wciela się w Indianina – postać, w którą bawił się od dzieciństwa. Jednym z wątków filmu jest również konflikt między muzykiem a jego ojcem. Możemy obserwować jego zalążki, przebieg i ostateczne zakończenie. Mimo trudnych relacji widać, jak bardzo im na sobie zależało. Jeden z najlepszych polskich filmów, jakie oglądałam, godny polecenia.

„I’M NOT THERE. GDZIE INDZIEJ JESTEM” (I’m Not There, reż. Todd Haynes, 2007)

Bob Dylan – bard, głos pokolenia, niezwykły muzyk rockowy, poeta, wizjoner, outsider oraz tegoroczny zdobywca Nagrody Nobla w dziedzinie literatury. Jego biografia, nakręcona dokładnie 10 lat temu była jedną z najbardziej wyczekiwanych. Film jest niecodzienny, w postać legendy wciela się aż sześciu aktorów, a każdy z nich przedstawia inny aspekt jego osobowości. Byli to Christian Bale, Heath Ledger, Richard Gere, Ben Whishaw i Marcus Carl Franklin oraz… Cate Blanchett! Aktorka za rolę Boba Dylana/Jude nagrodzona została Złotym Globem (2008 r.) oraz nominacją do Oscara w kategorii Najlepsza Aktorka drugoplanowa w tym samym roku. Sama przyznała się do tego, że w trakcie kręcenia filmu nosiła w bieliźnie skarpetki, gdyż pomagało jej to w chodzeniu jak mężczyzna. Sześć różnych osobowości, ale co to znaczy? Planując zasiąść do oglądania filmu warto, choć częściowo, zapoznać się z życiorysem Dylana. Zdecydowanie ułatwi to zrozumienie wielu obecnych tu metaforycznych scen, w tym również postaci. Każda z nich nazywa się inaczej i uwaga – nigdy nie pada nazwisko „Dylan”. Christian Bale (John/Jack) wciela się w muzyka z początków jego kariery, czyli zafascynowanego folklorem, grającego akustycznie, który staje się głosem protestującego m.in przeciwko wojnie w Wietnamie ludu. Cate Blanchett (Jude) ukazuje nam Dylana – buntownika, który bierze do ręki gitarę elektryczną, zrywając w ten sposób z dotychczasowym obrazem, jaki wytworzył w oczach publiczności. Jude umiera, co symbolizuje wypadek motocyklowy, któremu uległ Dylan w 1966 roku – epizod, który otworzył nowy rozdział w życiu muzyka. Marcus Carl Franklin (Woody) to ukazanie słynnego Woddy’ego Guthrie, który był wzorem do naśladowania dla muzyka w początkowych fazach jego kariery. Richard Gere (Billy) jawi się jako bard w okresie jego kariery aktorskiej – tu w roli Sama Peckinpah’sa z westernu Pat Garrett i Billy Kid. Heath Ledger  (Robbie Clark) przedstawia z kolei jego życie prywatne – rozpad małżeństwa, sądową batalie o opiekę nad dziećmi oraz religijne nawrócenie. Ben Wishaw rolą Artura Rimbauda symbolizuje Dylana jako poetę (niezwykle płodnego, o czym świadczy tegoroczna Nagroda Nobla). Aktorzy nie wykonują osobiście utworów barda i zostało potwierdzone, że robił to Stephen Malkmus (wokalista działającego w latach 90-tych zespołu Pavement, solo występujący jako Jicks). Specjalnie na potrzeby produkcji nagrał covery Dylana oraz „zdubbingował” śpiewających bohaterów produkcji. Obraz wydaje się być niezwykle mętny, niezrozumiały, wręcz surrealistyczny. Jednak, gdy dokładnie wejrzymy w film, naszym oczom ukaże się pełny obraz ekscentrycznej legendy. Haynes próbuje się z nią zmierzyć i robi to świetnie! Reżyser nie tworzy filmu dokumentalnego, ale przedstawia widzom przeróżne mity i stereotypy krążące na temat artysty. Dzięki tym zabiegom widz może sam dokonać analizy postaci barda, jego losów, a także stać się uczestnikiem legendy. Nie mamy tu jak na tacy podanych wszystkich faktów z życia Boba Dylana. Produkcja ta jest niczym sam muzyk – zagadkowa, metaforyczna, niedosłowna, wymagająca mocnego wytężenia umysłu, skupienia i zaufania.

„THE DOORS” (reż. Oliver Stone, 1991)

Jim Morrison (po lewej) i Val Kilmer w filmie „The Doors)

Jako, że jestem ogromną fanką zespołu The Doors (a zwłaszcza niesamowitego frontmana) jest to film, który oglądałam z gęsią skórką. Jim Morrison to symbol amerykańskiej muzyki rockowej lat sześćdziesiątych. Król jaszczur, szaman, symbol rewolucji seksualnej, obiekt westchnień tysiąca kobiet na całym świecie. Jego życie stanowi gotowy materiał na film. Sam fascynował się tematyką filmową. Co ciekawe, to właśnie z filmem były związane jego studia na Uniwersytecie Kalifornijskim, gdzie poznał  Ray’a Manzarka. Spotkanie to doprowadziło do powstania grupy, która na zawsze zmieniła oblicze muzyki rockowej. Właśnie od tego wydarzenia rozpoczyna się film. Jego tytuł  nijak ma się jednak do treści, ponieważ obraz opowiada głównie historię życia lidera zespołu, a nie wszystkich jego członków. Oliver Stone jako wielki fan Morrisona pragnął przenieść na ekran historię jego życia. Taki plan pojawił się w jego głowie jeszcze za życia Jim’a. Niewielu wie, że niedługo przed śmiercią wokalista zapoznał się ze wstępną wersją scenariusza i zaaprobował ją. Do nakręcenia biografii Morrisona przymierzał się również m.in Francis Ford Coppola. W główną rolę wcielił się Val Kilmer, który z fryzurą a la’ Aleksander Wielki (na którym swe uczesanie wzorował sam muzyk!) wygląda niczym brat bliźniak Morrisona. Nie dość, że jest po prostu identyczny, to śpiewa niemal tak samo! Plotka głosi, iż chcąc dostać rolę rockmana, aktor wysłał reżyserowi dwa nagrania: jedno, na którym on sam wykonuje piosenkę The Doors i drugą – z oryginalnym wykonem. Według relacji reżyser nie potrafił ich od siebie odróżnić. W przeciwieństwie do Tomasza Kota, amerykański aktor samodzielnie wykonywał wszystkie utwory w filmie. Dzieło Stone’a przedstawia historię Króla Jaszczura od momentu poznania Manzarka, przez założenie zespołu, poznanie Pam, zawrotną karierę, załamanie i wyprowadzkę do Francji, aż po smutną, tajemniczą śmierć. Gratkę dla fanów stanowią sceny odwzorowujące słynne koncerty grupy (m.in. tego w Miami Flash, po którym Jim został aresztowany). Oprócz życia w błysku fleszy reżyser pokazuje nam wokalistę „od kulis”: słynną historię z obserwacji wypadku grupy Indian na pustyni, kiedy w ciało Jim’a weszła dusza jednego z zmarłych szamanów, poznanie „kosmicznej przyjaciółki”, która była obecna w jego życiu do samego końca, toksyczny związek z Patricią Kenneal’y, uzależnienie od alkoholu i narkotyków, balansowanie na granicy życia i śmierci. Wydaje się, że Stone skupił się na przedstawieniu tylko negatywnych cech Morrisona. Muzyk zdecydowanie nie wzbudza sympatii. W większości scen jest pijany lub naćpany, nagminnie zdradza Pam, wystawia na próbę cierpliwość ukochanej i członków zespołu. Wielkie brawa należą się Robertowi Richardsonowi za świetne zdjęcia wykonane w stylu surrealistycznym (słynna scena na pustyni czy narkotyczne wizje Jima). Jak najbardziej warty obejrzenia. Cudowny, cudowny i jeszcze raz cudowny!

„RAY” (reż. Taylor Hackford, 2004)

Ray Charles i Jamie Foxx w filmie „Ray”

Ray Charles – legenda i reformator jazzu, pionier muzyki z gatunku R&B, świetny wokalista, kompozytor i multiinstrumentalista. Urodził się w 1930 roku w Albany, w stanie Georgia. W wieku 5 lat był świadkiem śmierci młodszego brata, niedługo po tym wydarzeniu zaczął stopniowo tracić wzrok. Nigdy jednak nie załamał się z tego powodu. Pobierał nauki w szkole dla niewidomych Florida School for the Deaf and Blind w St. Augustine na Florydzie, gdzie nauczył się alfabetu Braille’a, a także komponowania muzyki i grania na różnych instrumentach, m.in. na klarnecie, a potem na fortepianie. Już w szkole grywał z zespołach. Od samego początku wróżono mu wielką karierę. Udało mu się to przede wszystkim dzięki wielkiemu talentowi, którym został obdarzony. Charles jest postacią kontrowersyjną – przez około dwadzieścia lat zmagał się z uzależnieniem od heroiny, miał również dwanaścioro dzieci i to z różnymi kobietami! Jaki jest Ray (Jamie Foxx) w filmie Taylor’a Hackford’a? Przede wszystkim – niezwykle prawdziwy. Poznajemy go w momencie, gdy wyjeżdża z rodzinnego miasta w poszukiwaniu lepszego miejsca na rozwój swojego talentu. Bardzo szybko zostaje zauważony, przechodzi z jednego zespołu do drugiego, aż w końcu poznaje Ahmeta Erteguna (Curtis Armstrong) – przedstawiciela studia Atlantic, który czyni z pianisty gwiazdę. Jego kariera rozwija się szybko i intensywnie. Towarzyszące mu duchy przeszłości (przeplatane z linearnym biegiem zdarzeń retrospekcje z dzieciństwa) nie dają mu jednak spokoju doprowadzając w końcu do tego, iż Ray sięga po heroinę. Uzależnienia nie rzuca nawet wtedy, gdy poznaje Dellę Robinson (Kerry Washington) – przyszłą żonę i matkę jego synów. Sposób, w jaki reżyser przedstawił muzyka sprawia, że jego postać nie wzbudza sympatii. Owszem, czujemy wprawdzie podziw nad jego niezwykłym talentem, siłą ducha, niezależnością, ale potępiamy zażywanie narkotyków, nagminne zdradzanie żony, obojętność wobec dzieci i ogromny upór. To dobrze, że Hackford nie zrobił z życiorysu słynnego muzyka biografii hagiograficznej i pozwolił widzom poznać bohatera zarówno z dobrej, jak i z tej gorszej strony. Historia kończy się wraz z zakończeniem odwyku muzyka, odzyskaniem przez niego prawa do koncertowania w stanie Georgia i uczynieniem z utworu „Georgia on my mind” hymnu tego stanu. Jamie Foxx za kreację Charlesa zagrodzony został Oscarem, Złotym Globem i nagrodą BAFTA (2005 rok). Choć przedstawiona historia nie jest przedstawiona w sposób idealny, ponieważ pomija pewne fakty lub znacząco je przekształca (np. Delle nie była pierwszą, lecz drugą żona Ray’a) ogląda się go z zaciekawieniem. Gratką dla każdego melomana jest fantastycznie pokazana w filmie muzyka Charlesa ze słynnymi „Hit the road jack, „Unchain my heart oraz Hallelujah, I love her so” na czele. Foxx nie jest co prawda za bardzo podobny do słynnego jazzmana, ale świetnie oddaje za to jego ruchy, ekspresję i sposób zachowania. Specjalnie na potrzeby roli nauczył się alfabetu Braille’a oraz gry na pianinie. Spędził wiele czasu z Ray’em, analizował jego zachowanie czy mimikę twarzy. Nosił również specjalne soczewki, w których nic nie widział przez czternaście godzin. Sam muzyk był konsultantem filmu i zatwierdził jego ostateczną wersję. Na jego prośbę przepisano mu scenariusz alfabetem Braille’a. Niestety Charles nie doczekał premiery filmu – zmarł 10 czerwca 2004, po zakończeniu zdjęć do filmu. Dzieło jak najbardziej warte polecenia, kawał dobrego kina.

 

Zajmowanie się biografią – czy to literacką, czy filmową, to bardzo trudna sztuka. Wydaje się, że jest to jeden z najtrudniejszych gatunków filmowych, za jakiego nagrywanie można się zabrać. Dlaczego? Aby to zrobić należy jak najlepiej poznać daną postać i jej historię – czasem niemal tak dobrze jak własne życie. Bardzo łatwo można narazić się przy tym na krytykę – albo za to, że bohater został przedstawiony jako postać całkowicie pozytywna lub całkowicie negatywna, albo za to, że nie pokazano wszystkich faktów z jego życia lub też za to, że wiele epizodów zostało zmienionych lub wręcz przekłamanych. Prawdą jest jednak, że moment, gdy zostaje potwierdzona informacja o rozpoczęciu nagrywania biografii danej osoby, widzowie, nawet nie znający dobrze życiorysu danej postaci, czekają na premierę i w jej dniu tłumnie przychodzą do kina. Chcą przynajmniej w jakimś stopniu zobaczyć, jaka ona była. I trzeba przyznać, że biografie filmowe potrafią w niezwykły sposób zbliżyć do danej legendy. Choć ja osobiście stawiam głównie na te muzyczne, wiem, że jest wiele innych, które w niesamowity sposób przedstawiają daną postać. Warto wspomnieć choćby tegoroczny film Jackie z Natalie Portman w roli najsłynniejszej pierwszej Damy USA. Ja osobiście cały czas czekam na zapowiadaną od wielu lat filmową biografię Janis Joplin. Podobno w rolę wokalistki ma wcielić się Amy Adams. W oczekiwaniu na nią zachęcam do obejrzenia tych wyżej wymienionych propozycji!

Dominika Pawłowska
Prawie Kino