Morderstwo idealne według Kennetha Branagha -recenzja filmu „Morderstwo w Orient Expressie”

29 Lis Morderstwo idealne według Kennetha Branagha -recenzja filmu „Morderstwo w Orient Expressie”

Jak nakręcić film, którego zakończenie znają (prawie) wszyscy? W dodatku taki, który był zrealizowany już co najmniej 3 razy, w tym przez samego Sydneya Lumeta (reżysera słynnych Dwunastu gniewnych ludzi)? I, jakby tego było mało, wcielić się jednocześnie w jego główną postać, której twarz kojarzyć się będzie już na zawsze z innym aktorem, którego kreacji nie można pobić? Brzmi to co najmniej na wyzwanie trudne do zrealizowania, żeby nie powiedzieć – niemożliwe. Mimo to fani Morderstwa w Orient Expressie, klasycznej już powieści detektywistycznej autorstwa Agathy Christie, mogli poczuć miłe zaskoczenie dowiadując się, że tego zadania podjął się nie kto inny, jak Kenneth Branagh, „cudowne dziecko” brytyjskiego kina. A wraz z zaskoczeniem – wzbudzić w sobie nadzieję na odkurzony i unowocześniony wizerunek ich ukochanego detektywa Herkulesa Poirot.

Kadr z filmu „Morderstwo w Orient Expressie”

Oprócz Branagha w filmie można zobaczyć całą śmietankę hollywoodzkich aktorów – od tych młodszych w postaci Daisy Ridley (Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy), przez wsławionych już Penélope Cruz, Michelle Pfeiffer i Johnny’ego Deppa (który jest w filmie zaskakująco trzeźwy, ale też pojawia się w nim raczej na krótko) aż po najbardziej zasłużone, starsze stażem nazwiska jak Judi Dench czy Willem Dafoe. Mając taką obsadę, trudno popsuć jakikolwiek film. Opierając się jednocześnie na najlepszym kryminale wszech czasów (przepraszam, ale nie jestem obiektywna) , ma się w ręku przepis na sukces. Czy Kenneth Branagh go jednak wykorzystał?

Moim zdaniem – niezupełnie. To, co mam do zarzucenia jego Morderstwu, to dość bajkowa konwencja, która objawia się chociażby moralizującymi dialogami czy (zbyt) wesołą muzyką. Oczekiwałabym raczej wykorzystania klaustrofobicznej przestrzeni do wprowadzenia nastroju strachu i napięcia, przerobienia klasycznej historii na unowocześniony thriller. Momentami się to udaje, głównie dzięki genialnej pracy kamery, która wyszukuje niestandardowe ujęcia (z lotu ptaka, z rogu przedziału, w którym popełniono morderstwo), wprowadzając naprawdę wyjątkową perspektywę (szczególnie w jednej scenie, której jednak nie zdradzę). Aż szkoda, że przegrywają one z pocztówkowymi widokami z Jerozolimy i Bagdadu, które nie wnoszą nic do akcji, a w dodatku kolą w oczy sztucznością. Przez nie fabuła Christie przypomina bardziej swoją lżejszą wersję dla nastoletnich widzów niż historię o brutalnym morderstwie.

Kadr z filmu „Morderstwo w Orient Expressie”

Nie chcę jednak powiedzieć, że Morderstwo to zły film. Na pewno można w nim znaleźć również sporo pozytywów, szczególnie, gdy dość luźno podchodzi się do tematu interpretacji książki lub po prostu słabo się ją pamięta. Największym zaskoczeniem jest sam Poirot, który zostaje blondynem i jest dużo bardziej „mobilny” niż jego literacki odpowiednik. Herkules na miarę XXI wieku nie drażni, wzbudza sympatię i mruga okiem do zatwardziałych fanów Christie, przemycając pewne typowe dla siebie drobiazgi z innych książek autorki. Dzięki twarzy Branagha (który prócz bycia dobrym reżyserem, jest jeszcze lepszym aktorem) jest przekonujący i wypada nieźle, mimo porównania ze słynnym Davidem Suchetem. Reszta obsady dotrzymuje mu kroku, co daje smaczny koktajl, który może nie zachwyca, ale pije się go z przyjemnością. Szczególnie jeśli wie się, jakie składniki można w nim znaleźć, a jakie są inwencją twórczą autora i ukłonem w stronę klasyki gatunku.

Kadr z filmu „Morderstwo w Orient Expressie”

Morderstwo w Orient Expressie to dobra propozycja na niezobowiązujący piątkowy wieczór. Może nie dla ortodoksyjnych wielbicieli powieści, ale dla całej reszty, która bądź nie zna zakończenia, bądź obejrzy go z sentymentu dla ulubionego kryminału z dzieciństwa/młodości (jak to było w moim przypadku). Mimo kilku potknięć wciąż można  w nim znaleźć pewne innowacyjne elementy, i nie mam tu koniecznie na myśli poddanej tuningowi laski Herkulesa Poirot. Jeśli to Was jeszcze nie przekonuje – warto zobaczyć film chociażby dla świetnej Michelle Pfeiffer, która z wiekiem nie przestaje zaskakiwać swoją urodą i talentem. Lub dla wspomnianego już Johnny’ego Deppa, który, inaczej niż na premierze filmu, przypomina starego siebie z dobrych czasów i może jeszcze miło zaskoczyć. Jeśli natomiast zupełnie nie macie zamiaru wybierać się do kina – usiądźcie w domu z oryginalnym Morderstwem w Orient Expressie z 1934 roku, bo nie znać takiej książki to, jakby to powiedział Herkules Poirot, ogromne faux pas.

Moja ocena: 6/10
Olga Żabska
Prawie Kino

„Morderstwo w Orient Expressie” , reż. Kenneth Branagh (2017). W KINACH OD 24 LISTOPADA!

fot. materiały prasowe filmu

Recenzja napisana dzięki współpracy z Kinem Atlantic



'