22 Kwi „Mon Roi”, czyli od miłości do nienawiści

To już 22. Edycja festiwalu Wiosna Filmów. Program, jak co roku, był bardzo różnorodny. W tegorocznej edycji widzowie mieli okazję zobaczyć ponad 70 filmów, które nagradzane były na największych filmowych festiwalach, a także wiele pokazów premierowych. Mój wybór padł na francuską produkcję „Moja miłość” w reżyserii Maiwenn. Wybierając się na seans, podchodziłam jednak do niej z dystansem. Ile filmów o miłości, ze słowem „miłość” w tytule, już powstało? Czy rzeczywiście kolejny może wnieść świeży powiew do kinematografii?

Punktem wyjściowym jest sam tytuł właśnie. Bowiem „Mon Roi” w dosłownym tłumaczeniu oznacza „mój król”. Polskie tłumaczenie nie do końca więc oddaje sens oryginału. Można by obwiniać tłumacza za nieodpowiedni przekład. Doszłam jednak do wniosku, że właściwie wyświadczył nam przysługę. Dzięki różnicy w tłumaczeniach polskim i francuskim dostrzec można bowiem problem, jaki tkwi w relacji głównych bohaterów. Czy jest to rzeczywiście miłość, czy może jednak władza jednej osoby nad drugą?

„Moja miłość” to film przedstawiający ewolucję związku dwojga ludzi. Tony (Emmanuelle Bercot) to samotna kobieta  w wieku średnim, która przypadkowo spotyka w klubie swojego dawnego znajomego Giorgia (Vincent Cassel).  Giorgio to tytułowy król. Król życia a z biegiem czasu także król władający życiem Tony. Mężczyzna jest uosobieniem marzeń każdej kobiety. Zabawny, szarmancki, zmienia całkowicie życie głównej bohaterki.  Na początku wszystko jest piękne i beztroskie – wspólne godziny spędzone w łóżku mogłyby trwać wiecznie, gdyby do drzwi nie zapukała rzeczywistość. Związek Tony i Giorgia to narkotyk, który wciąga i uzależnia dwie strony. Wszystko dzieje się w nim szybko, być może zbyt szybko. Mieszkanie, ślub, dziecko. Bohaterowie zdają się podejmować poważne życiowe decyzje nazbyt pochopnie, co niesie ze sobą tragiczne dla obojga skutki.

Film jest pełen emocji, można wręcz powiedzieć, że nimi kipi. Temat niby banalny – miłość, związek, rodzina. Reżyserce udaje się jednak naświetlić wiele problemów, z którymi zmagamy się, budując z kimś relację partnerską. Po seansie doszłam do wniosku, że film jest przede wszystkim apelem o dojrzałość. Tony po kilku latach związku z Giorgiem wypowiada słowa „Właściwie Cię nie znam. My się nie znamy”. Pytanie brzmi, czy jesteśmy w stanie poznać siebie w stu procentach? Piękno miłości i budowania relacji między dwojgiem ludzi polega przecież na ciągłym odkrywaniu siebie, a także na byciu ze sobą na dobre i na złe. Każdy związek niesie ze sobą początkowo odrobinę szaleństwa, dreszczyk emocji. Tak samo w każdym związku przychodzi moment, w którym to szaleństwo się kończy i trzeba stawić czoła codzienności.

„Moja miłość” poza ciekawą tematyką urzekła mnie także zdjęciami. Film jest miły dla oka, być może dlatego, że większość akcji rozgrywa się w Paryżu. Na próżno tu jednak szukać typowych kadrów z wieżą Eiffla w tle, widzimy za to paryskie ulice jakich wiele. Owy zabieg idealnie współgra z relacją głównych bohaterów, która brana jest w filmie pod lupę. Zamiast typowej historii miłosnej, reżyserka pokazuje nam związek taki, jakim jest naprawdę.

Mimo iż, to Emmanuelle Bercot zdobyła Złotą Palmę w Cannes za najlepszą aktorkę, klasę samą w sobie pokazał Vincent Cassel. Jego gra aktorska, jak zwykle, jest na najwyższym poziomie. Wygląda na to, że nie tylko grana przez niego postać, ale i sam aktor, stał się królem filmu.

Jakiś czas temu natknęłam się na słowa „Myślenie jest konieczne, a kino pomaga nam myśleć”.  Zdanie banalne, zawsze jednak siedzące mi z tyłu głowy podczas seansu. Czy film, na który się wybrałam sprawił, że zatrzymałam się na chwilę i zastanowiłam nad czymś ważnym? W przypadku „Mon Roi” odpowiedź jest twierdząca.

Moja ocena: 6/10
Wiktoria Andrukajtis
Prawie Kino

Film: „Moja miłość” reż. Maiwenn, fot. materiały prasowe

Podziękowania dla Festiwalu Filmowego „Wiosna Filmów” za współpracę

22.wiosnafilmow



'