Jak to jest kochać na zabój? – recenzja filmu „Małżeńskie porachunki”

11 Kwi Jak to jest kochać na zabój? – recenzja filmu „Małżeńskie porachunki”

Z miłości zdarza nam się robić wiele głupich rzeczy, których konsekwencji zazwyczaj nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Najgorsze przypadki mają jednak miejsce, kiedy zamiast naszej wymarzonej miłości pojawia się alkohol. Może się zdarzyć, że jego ofiarą padną nie tylko wspomnienia z ostatniego wieczoru, ale także ukochana żona.

Lekka czarna komedia Ole Bornedala może być antidotum na wieczorną chandrę, ale pod płaszczem żartów o intymności z powodzeniem ukrywają się wartości w dzisiejszych czasach najważniejsze: prawdziwa miłość, wierność czy zdolność do poświęceń. Uważny widz znajdzie tutaj coś dla siebie, mimo że historia Iba i Edwarda nie jest bogata w zróżnicowane wątki czy rozbudowaną analizę charakterów. Nie brakuje na szczęście żartów, które sprawnie umilają półtoragodzinny pobyt w kinie. Moim zdaniem najwspanialszym pomysłem Bornedala było humorystyczne przedstawienie mieszkańców stereotypowej duńskiej wioski, która w niczym nie przypomina mrocznych zakątków z popularnych ostatnio skandynawskich thrillerów i kryminałów. Bohaterowie, mimo że komediowo przerysowani, reprezentują cechy właściwe widoczne u większości mieszkańców prowincjonalnych miasteczek. Na pierwszy plan wysuwa się także prześmiewcze przedstawienie stereotypów, którymi obarczeni są reprezentanci różnych nacji. Buduje to idealny lekki nastrój pod mroczną historię wzbogaconą morderstwami, przez co Małżeńskie porachunki można uznać za dobry przykład czarnej komedii. Pamiętajmy jednak, żeby nie przyglądać się zbyt uważnie przedstawionej fabule, gdyż jest ona przewidywalna i nie brakuje w niej logicznych nieścisłości.

Marcin Dorociński w filmie „Małżeńskie porachunki”

Na szczęście zdominowana przez Duńczyków obsada nie poszła na łatwiznę, przez co gra aktorska może się podobać. Nie sposób oczywiście nie wspomnieć o naszym najwspanialszym Marcinie Dorocińskim, który jako polsko-rosyjska rodzynka na duńskim torcie prezentuje się bardzo dobrze. Aktorzy są świadomi karykaturalności prezentowanych archetypów, ale nie przeszkadza im to w wiernym odzwierciedleniu swoich filmowych wcieleń. Na ich twarzach nieustannie malują się uczucia, które potęgują odbiór kolejnych dowcipów i gagów. Wypływające z ich ust dialogi dorównują poziomem opowiadanej historii: bynajmniej nie skłaniają do rozbudowanych rozmyślań, ale niewątpliwie mogą wywołać uśmiech na twarzach widzów.

Rozległe zielone niziny surowej Danii pozwalają scenarzystom z całego świata na przepiękne zabiegi ekspozycyjne. Niestety twórcy Małżeńskich porachunków nie skorzystali z tej okazji, mimo że byłoby to wyjątkowe urozmaicenie historii osadzonej w skandynawskich realiach. Samego miasteczka też za dużo nie obejrzymy, gdyż akcja tak naprawdę toczy się albo w domu jednego z głównych bohaterów, albo w trudnym do zidentyfikowania sąsiedztwie pól i łąk. Podczas seansu nie mamy za wiele okazji do wysłuchania muzyki Joachima Holbeka, pomimo całkiem przyzwoitego poziomu, który reprezentuje. Może się wydawać, że twórcy wcale nie przyłożyli się do technicznej strony swojego filmu, chcąc stworzyć zaledwie poprawną reprezentację gatunku czarnej komedii.

Jeśli bardzo kochamy swoją drugą połówkę, to jak najbardziej możemy zabrać ją na seans Małżeńskich porachunków. Jeśli między nami nie wszystko układa się idealnie, to i tak powinniśmy iść do kina, choćby dla własnego dobra. Być może wpadniemy na jakiś interesujący trop. Bez względu na nasz stan cywilny film Ole Bornedala jest po prostu przyzwoitym odzwierciedleniem mrocznej historii w żartobliwej atmosferze, a to wszystko podane jest w otoczce skandynawskiej mentalności.

Moja ocena: 5/10
Paweł Stępniak
Prawie Kino

„Małżeńskie porachunki”, reż. Ole Bornedal (2017). W KINACH OD 7 KWIETNIA!

fot. materiały prasowe

Film obejrzany dzięki współpracy z Kinem Kultura