„This is the Dream!” – recenzja filmu „La La Land”

19 Sty „This is the Dream!” – recenzja filmu „La La Land”

Po seansie najnowszego dzieła twórcy Whiplash chce się śpiewać w deszczu, tańczyć do broadwayowskich melodii, marzyć z Charity o lepszej rzeczywistości czy kupować parasolki w Cherbourgu. A jeśli już się te czynności obserwowało na ekranie, można dostrzec w La La Land inspirację klasykami. Damien Chazelle brawurowo kontruje jakże często wypowiadane ze smutkiem przez widzów stwierdzenie: „Takie filmy już nie powstają…”. Nie tylko po mistrzowsku reanimuje zaniedbany ostatnimi czasy musical, składając hołd produkcjom złotej ery Hollywoodu, ale też po raz kolejny zaraża nas swoją miłością do jazzu.

On i ona spotykają się oczywiście przypadkiem. Na zatłoczonej autostradzie Mia (Emma Stone) nie grzeszy uprzejmością, za co Sebastian (Ryan Gosling) niebawem się odegra. Mija zima, podczas której oboje mocują się z losem, próbując podążyć za swoimi marzeniami. Aż ich ścieżki znów się krzyżują… Niczym w klasycznej screwball comedy.

LALALAND-Planetarium

Kadr z filmu „La La Land”

Wydaje się, że to historia jakich wiele. Niewymuszona chemia, łącząca odtwórców głównych ról, sprawia jednak, że opowieść o parze spragnionych sukcesu młodych ludzi w Mieście Aniołów nabiera świeżości. Gosling i Stone, dla których to trzecie spotkanie na planie filmowym (wcześniej pałali do siebie uczuciem w Kocha, lubi, szanuje oraz Gangster Squad), są chwilami dalecy od perfekcji duetu Astaire-Rogers. Zdarza im się podczas śpiewania zaśmiać czy odrobinę sztywno zatańczyć układ – i właśnie dzięki tej naturalności szybko zaskarbiają sobie naszą sympatię.

Choć to dopiero czwarty film w dorobku Chazelle’a, reżyser zdołał nas już przekonać o swojej klasie. Po sukcesie Whiplash stał jednak przed trudnym zadaniem: kolejnym obrazem powinien udowodnić, że przebój z 2014 roku nie stanowił dzieła przypadku. Postawił na pomysł, którego realizacji wcześniej mu odmawiano. I tak oto, po 6 latach starań, jako reżyser i scenarzysta La La Land, może śmiało powtórzyć za swoimi bohaterami: „Warto marzyć!”. Tym bardziej, jeśli realizuje się sny tak jak on: autorsko, z młodzieńczą energią, całkowicie absorbując uwagę widza i zaskarbiając sobie jego serce.

Emma Stone i Ryan Gosling w filmie "La La Land"

Emma Stone i Ryan Gosling w filmie „La La Land”

Na szczególne pochwały zasługuje niemal każdy element najnowszego dzieła 31-latka. Scenariusz urzeka swą prostotą i błyskotliwymi dialogami. Nie sposób oderwać wzroku od przepięknych kostiumów i scenografii – ich intensywne kolory błyszczą dzięki bezbłędnej pracy ekipy odpowiedzialnej za oświetlenie. Do montażu prawie nie mam zastrzeżeń. Dźwięk został zarejestrowany perfekcyjnie – co niezwykle ważne w produkcjach musicalowych. Kamera kręci się wokół własnej osi, niczym aktorzy w starannie opracowanych, tanecznych układach. Dominują długie ujęcia, a ogromne wrażenie robi stylizowana na master shot scena otwierająca film: na zatłoczonej autostradzie setka statystów tańczy, podskakuje na dachach aut i śpiewa o kolejnym słonecznym dniu wypełnionym marzeniami o karierze w Fabryce Snów. Wow!

Jak najłatwiej zepsuć musical? Brakiem chemii między odtwórcami głównych ról? Średnim scenariuszem? Chyba jednak słabą muzyką – to przecież element stanowiący serce tego gatunku. Tym bardziej cieszy, że Justin Hurwitz spisał się na medal. Motyw przewodni, który powstał na samym początku jego pracy przy La La Land, jest uroczy i momentalnie wpada w ucho – mimowolnie podśpiewuje się go, niczym Emma Stone podczas napisów końcowych, jeszcze długo po wyjściu z kina. Z przyjemnością słucha się po tysiąckroć całego soundtracku, a nie tylko nominowanego do najważniejszych nagród utworu City of Stars. Duża w tym zasługa aktorów oraz Johna Legend – świetnie poradzili sobie z repertuarem. Podziw zbudza zwłaszcza Ryan Gosling, który specjalnie na potrzeby filmu nauczył się grać na fortepianie!

La La Land to wielki, filmowy list miłosny. Do marzycieli, jazzu, musicalu, Los Angeles i (złotej ery) kina. Urzeka bezpretensjonalnym romantyzmem, którego wcale się nie wstydzi. Czerpie garściami z największych dzieł kinematografii, z wyczuciem wplatając elementy współczesne. Jest jednocześnie wywołującą uśmiech baśnią i słodko-gorzką historią o cenie, płaconej za spełnienie marzeń. Nie brakuje tu elementów humorystycznych (taniec Emmy Stone do I Ran!), smutnych konstatacji dotyczących show biznesu (sceny castingów Mii oraz koncertów Sebastiana) czy umiejętnie ukrytych smaczków (jak choćby oczko puszczone do fanów Whiplash), a finał powala na kolana i nie pozwala zapomnieć tej historii na długo. To film, do którego chcesz wrócić natychmiast po zakończeniu seansu – podejść do kinowej kasy i po raz kolejny, tego samego wieczoru, poprosić bilet na La La Land.

Moja ocena: 10/10
Magdalena Imańska
Prawie Kino

„La La Land”, reż. Damien Chazelle (2016). W KINACH OD 20 STYCZNIA

Fot. materiały prasowe filmu



'