Dzikie emocje- recenzja filmu „DZIKIE RÓŻE”

07 Sty Dzikie emocje- recenzja filmu „DZIKIE RÓŻE”

Film o problemach z polską prowincją w tle. Brzmi znajomo, można by było nawet włożyć go do szufladki typowego, patologicznego polskiego kina, w którym jedyne emocje (raczej te negatywne) wywołuje zbyt duża ilość wulgaryzmów na minutę. Niemniej jednak będąc już po seansie filmu Anny Jadowskiej możemy czuć się zaskoczeni – i nie tylko dlatego, że wulgaryzmy pojawiają się tu zaledwie kilka razy.

Już w pierwszej scenie zostajemy całkowicie „wrzuceni” w historię – poznajemy wtedy główną bohaterkę, Ewę (Marta Nieradkiewicz), i obserwujemy, jak siedzi w szpitalnej poczekalni. Powód jej wizyty jest dla widza zagadką niemalże do samego końca filmu. Kolejne zdarzenia, takie jak jej powrót do domu, w którym czeka na nią dwójka małych dzieci, opieka nad nimi i wreszcie – walka samej ze sobą odkrywają przed nami małe tajemnice.

Kadr z filmu „Dzikie róże”

Z początku historia może wydawać się typowa – mąż za granicą zarabia na rodzinę, a żona próbuje żyć dalej, opiekując się dziećmi. Jednak im dłużej obserwujemy Ewę, im dłużej patrzymy na jej zachowanie, smutek w oczach, na jej ból, a nawet pewnego rodzaju strach, tym wyraźniej widzimy, że w tej rodzinie nie ma nic typowego. To wrażenie potęguje  niewiedza i niedomówienia, brak wyjaśniania widzowi wszystkich sytuacji i rozmów. Sama gra Marty Nieradkiewicz jest bardzo tajemnicza – mimiką, gestami oraz spojrzeniem wyraża więcej, niż słowami, które zdają się być w tej sytuacji niepotrzebne, co sprawia, że gra aktorska (Marty Nieradkiewicz, ale również Michała Żurawskiego) jest bez wątpienia największą zaletą tego filmu.

Jedną z rzeczy, które wywołały u mnie wielkie zaskoczenie, jest to, jak bardzo „Dzikie róże” są naszpikowane emocjami, a powolne tempo akcji tylko je potęguje. Obserwując kolejne zdarzenia i problemy, które się namnażają z każdą sceną (a raczej – o których się dowiadujemy), dajemy się wciągnąć całkowicie i zwyczajnie wierzymy w to, co dzieje się na ekranie. Ten niełatwy zabieg Anna Jadowska uzyskała poprzez bardzo ważny czynnik, jakim jest obojętna obserwacja głównej bohaterki. Reżyserka nie stara się narzucić nam tego, jak mamy myśleć o Ewie, pozwala nam zająć dowolne stanowisko w jej sprawie; nie narzuca swojego zdania.

Kadr z filmu „Dzikie róże”

Na pochwałę zasługuje także przedstawienie polskiej wsi, które jest bardzo naturalne, szczere i nieprzekoloryzowane. Widzimy bliskie relacje mieszkańców, gdy wszyscy angażują się w pomoc Ewie i jej rodzinie, widzimy komunię Marysi, mały kościółek i księdza, który zwraca się do każdego po imieniu. Widzimy także, jak ciężko jest ludziom na prowincji, którzy skrywają jakiś sekret, swoją „ciemną stronę”.

Anna Jadowska stworzyła oryginalną i bardzo naturalistyczną historię, która potrafi wywołać silne emocje – szczególnie na tych, dla których wieś jest życiową przestrzenią. To właśnie oni odnajdą w tym filmie (po wielu przesadzonych, pełnych stereotypów produkcjach) odwzorowanie tego, z czym borykają się na co dzień. I choć jest ono bardzo dramatyczne, to na pewno skłaniające do refleksji.

Moja ocena: 9/10
Aleksandra Zwolińska
Prawie Kino

„Dzikie róże” , reż.Anna Jadowska(2017). W KINACH OD 29 GRUDNIA!

fot. materiały prasowe filmu

Recenzja napisana dzięki współpracy z Kinem Kultura