W filmie nic nie jest prawdziwe – recenzja filmu „BODO”

07 Mar W filmie nic nie jest prawdziwe – recenzja filmu „BODO”

Już na początku 2017 roku możemy uraczyć się polską odpowiedzią na Oscarowy La La Land. Niestety w powietrzu nie dało się wyczuć woni nagród. Jak można sparafrazować jedną z bohaterek: w kinie nic nie jest prawdziwe. Niestety podobnie było z życiorysem międzywojennego kabareciarza, tancerza i piosenkarza. Niby pojawiał się na scenie w pełnej krasie, ale niewiele dowiedzieliśmy się o jego życiu, które zakryte było artystycznymi piórkami i nogami odzianymi w kabaretki.

KRA KRA KRAJ?

Historia polskiego artysty opisana jest w ekspresowym tempie. Nawet się nie obejrzymy, a „Bodzio” już występuje na scenach najsłynniejszych teatrów i kabaretów. Tak naprawdę przez większość czasu oglądamy sceniczne wystąpienia w zróżnicowanych aranżacjach. Utwory co prawda bezpośrednio nawiązują do fabuły filmu, ale same w sobie nie wnoszą nic nowego, nie ukazują bohatera w innym świetle, nie skłaniają do głębszych przemyśleń. Nie jestem w stanie wytłumaczyć takiego nawarstwienia partii artystycznych, które momentami dzieli ledwie jedna scena czy kilka minut. Ich wykonanie, delikatnie mówiąc, odbiega od Hollywoodzkich standardów, brakuje salonowego blichtru, ferii barw i bogactwa wystroju. Jedynie finałowa scena na schodach jest zarówno estetyczna jak i choreograficznie przyjemna dla oka. Umiejętności wokalne męskiej części obsady także nie przypadły mi do gustu. Na plus definitywnie zaliczyłbym epizod Patrycji Kazadi w plemiennym tańcu przy dźwiękach afrykańskich instrumentów. W ucho wpadały także ówczesne piosenki w aranżacji orkiestry, która w większości scen musicalowych towarzyszyła głównemu bohaterowi. Twórcy najbardziej zawiedli moje oczekiwania, przeciętnie przykładając się do oddania ducha epoki. Nie mogłem odeprzeć wrażenia, że jest to tylko współczesne odzwierciedlenie stylu sprzed wieku. Na szczęście kostiumografowie pamiętali o odległych czasach, co można było poznać po pajęczynie delikatnie osnuwającej kapelusz Eugeniusza w jednym z ujęć.

3_d4e72a96b2

Kadr z filmu „Bodo”

50 ODSŁON BODO

Najważniejszy element większości produkcji – fabuła – potraktowany został trochę po macoszemu. Smuci fakt, że w filmie biograficznym bardzo powierzchownie poznajemy samego protagonistę. O jego młodości czy dzieciństwie otrzymujemy szczątkowe informacje, sporo wątków zostaje ledwie dotkniętych, mimo że ich rozwinięcie mogłoby poprawić ogólny odbiór filmu i ułatwić nam wczucie się w historię showmana. Nie brakuje także scen, które sugerują bardzo istotne elementy życiorysu muzyka, ale z jakichś powodów nie zostały ani razu ponownie przywołane, jak np. dwuznaczne spotkanie w basenie czy kwestia relacji z ojcem. Dla takiej osoby jak ja, która z historią Bodo była słabo zaznajomiona, takie zabiegi irytują, ponieważ pozostawiają wiele wątpliwości, które choćby z szacunku dla artysty powinny zostać wyjaśnione. Podobny poziom prezentują do bólu przewidywalne dialogi i pomijanie sporych fragmentów życiorysu, przez co bohater nie ewoluuje, a skokowo zmienia swoje oblicze. Film stworzył jednak pewien profil psychologiczny artysty, który nie żałuje sobie życia na salonach. Mam przeczucie, że Bodo taki był w rzeczywistości: spontaniczny, dowcipny i skory do swawoli. Nie zmienia to jednak faktu, że całe życie za kabaretową maską krył wrażliwość i pełnię uczucia, które przetrwało największą tragedię XX wieku.

Wychodząc z sali kinowej, czuję niedosyt, bo po raz kolejny filmowa rzeczywistość polskiego autorstwa nie spełniła moich oczekiwań. Bodo chciałby wyłamać się z impasu komedii romantycznych, których celem jest zgromadzenie jak najliczniejszej widowni. Niestety plan ten nie został zrealizowany, a biografia najwybitniejszego polskiego artysty estradowego okresu międzywojnia wciąż czeka na śmiałka, który wycisnąłby z niej 110%. Czy chciałbym być Eugeniuszem Bodo? Jeszcze jak. Czy chciałbym grać w Bodo? Z moimi umiejętnościami aktorskimi mógłbym być co najwyżej nieśpiewającą małpą.

Moja ocena: 5/10
Paweł Stępniak
Prawie Kino

„Bodo”, reż. Michał Kwieciński (2017). W KINACH OD 3 MARCA!

fot. materiały promocyjne

Film obejrzany dzięki współpracy z Kinem Luna