Ostatni obraz niezwykłej rodziny- recenzja filmu „Beksińscy. Album wideofoniczny”

25 Lis Ostatni obraz niezwykłej rodziny- recenzja filmu „Beksińscy. Album wideofoniczny”

Dla tych, którzy widzieli “Ostatnią rodzinę”, film Marcina Borchardta “Beksińscy. Album wideofoniczny” będzie wydawać się znajomy, nawet, jeśli oglądają go po raz pierwszy. Złożony z archiwalnych nagrań kręconych kamerą Zdzisława Beksińskiego, jest zaskakująco kompletnym portretem rodziny artystów, której tragiczny rys został tu dobrze oddany. Wiedząc, że oba filmy były robione równocześnie, tym bardziej zachwyca ich komplementarność.

Film Borchardta składa się z pojedynczych nagrań lub zdjęć, większość to prozaiczne sceny z życia domowego, ujęcia pracującej w kuchni żony, chorujących babć, Tomka w pokoju czy studiu nagrań. Zdzisław Beksiński nagrał w sumie setki godzin z życia swojej rodziny, więc pokazywane w filmie fragmenty są jedynie wierzchołkiem góry lodowej, jaką po sobie pozostawił.

Kadr z filmu „Beksińscy. Album wideofoniczny”

Będąc w kinie, mniej więcej w połowie filmu, zdałam sobie sprawę, że nie ma tam żadnej pozaekranowej narracji, jedyny głos “zza” był głosem Tomasza Fogla czytającego słowa Zdzisława Beksińskiego. Chronologicznie zmontowane fragmenty nagrań okazały się w wizji Borchardta wystarczające, by stworzyć spójny i pełny portret. I słusznie, gdyż lekko ekshibicjonistyczny wymiar nagrań, jak i samych członków rodziny (szczególnie Zdzisława), wyczerpująco oddaje klimat panujący w ich domu, układ relacji i ich spięcia, wobec których zewnętrzne komentarze byłyby zbędne.

Beksiński, który namiętnie dokumentował życie rodziny, sprowokował ją również do ukazania swego prawdziwego oblicza. Na nagraniach bardzo wyraźnie widać, że jego żona Zofia jest przytłoczona obowiązkami domowymi – opieką nad dwiema babćmi (z których jedną Beksiński sfilmował też po śmierci), prowadzeniem domu i próbą pokojowego lawirowania między dwiema walczącymi o prymat domowy osobowościami. Film być może w najciekawszy sposób eksponuje postać Tomka – od czasów nastoletnich targanego myślami o śmierci, żył w swoim świecie, i nigdy do końca nie uwolnił się od nadopiekuńczych rodziców. Nie można powiedzieć, jakoby miał kompleksy względem sławnego ojca, jednak wyraźnie odcinał się od jego ścieżki kariery, robiąc rzeczy, które dla konserwatywnych w pewnym stopniu rodziców były skrajnie ekscentryczne.

Kadr z filmu „Beksińscy. Album wideofoniczny”

Co wydawało mi się jednak najważniejsze to to, jak duży rozdźwięk istnieje między malarstwem Beksińskiego, a nim samym i jego życiem. W filmie zawarto nagranie z wernisażu dzieł artysty, w którym organizatorka mówi, że Beksiński nie pojawił się, gdyż “nie wytrzymuje atmosfery swoich prac”. I chociaż w innym fragmencie sam powiedział, że śmierć jest zawsze w jakiś sposób obecna w jego życiu, to słysząc jego humorystyczne uwagi i łagodny sposób bycia, nie odnosi się wrażenia, że był to człowiek tworzący tak przerażające wizje przemijania.

Zgodnie z założeniem, że film ma się składać tylko z ujęć kręconych przez samych Beksińskich, w zasadzie pominięty został wątek śmierci Tomka i Zdzisława. I dobrze, gdyż w przeciwnym wypadku film byłby emocjonalnie nie do zniesienia i bardzo ostrzegałabym przed jego obejrzeniem tak jak ja – w deszczowe piątkowe popołudnie.

 

Moja ocena: 8/10
Weronika Fay
Prawie Kino

„Beksińscy. Album wideofoniczny” , reż. Marcin Borchardt (2017). W KINACH OD 10 LISTOPADA!

fot. materiały prasowe filmu

Recenzja napisana dzięki współpracy z Kinem Kultura



'