Amerykańska gorączka złota – recenzja filmu „GOLD”

20 Mar Amerykańska gorączka złota – recenzja filmu „GOLD”

I had a dream. Wszyscy wiemy, czyje to słowa. Osoby nietuzinkowej. Człowieka, który poświęcił wszystko, aby zrealizować swoje marzenia. Amerykanina, któremu charyzma pozwoliła osiągnąć dużo i sięgnąć po więcej. Jednak nie tylko jego. Do tego opisu pasuje również Kenny Wells, bohater nowego filmu Stephena Gaghana, jednak nie w sposób, w jaki może Wam się wydawać.

Matthew McConaughey w filmie „Gold”

Kenny nie jest bohaterem – ciężko go nawet lubić, a co dopiero podziwiać. “Mówią, że jesteś pijakiem i prymitywem”, słyszy w pewnym momencie i trudno się z tym nie zgodzić. Kenny ma jednak jedną ogromną zaletę – jest uparty. Gdy w coś wierzy, jest w stanie przekonać każdego, że jego pomysł jest na wagę złota. A gdy faktycznie chodzi o złoto? Nic nie może stanąć mu na przeszkodzie – ani tygrys, ani Wall Street, ani wojsko, którym włada dyktator pewnego wschodnioazjatyckiego kraju.

Kenny już na papierze wydaje się interesującą postacią, a gdy dodatkowo przybiera twarz Matthew McConaughey’a, nie możemy prosić o wiele więcej. A jednak to otrzymujemy – nie tylko dzięki dotrzymującym mu kroku aktorom drugoplanowym, na których czele stoi świetny w swej oszczędnej grze Édgar Ramirez (Mike Acosta), ale także dzięki muzyce (brawa dla Daniela Pembertona) oraz zdjęciom, które sprawiają wrażenie, jakbyśmy przenieśli się w sam środek indonezyjskiej puszczy. Wszystko w tym filmie jest bardzo atrakcyjne – może za wyjątkiem samego Matthew. Fanki jego urody muszą niestety poczekać na inny film z udziałem aktora, który w Gold ma brzuszek, niezbyt ładną łysinę i jeszcze mniej urzekającą bieliznę.

Kadr z filmu „Gold”

Reżyser Stephen Gaghan może nam się kojarzyć m.in. ze współpracy z Stevenem Soderberghiem przy produkcji Traffic (2000). Gold zresztą momentami bardzo przypomina trylogię Ocean’s i jest to zdecydowanie komplement – muzyka i tempo sprawiają, że ciężko się oderwać od tego, co dzieje się na ekranie. Scenarzyści serwują nam kilka zgrabnych zwrotów akcji, a końcówka jest w sam raz, co rzadko można powiedzieć o amerykańskich filmach o podobnej tematyce. Mamy tu i wątek miłosny, i dobrze wprowadzoną motywację głównego bohatera, a to wszystko bez typowo hollywoodzkiego patetyzmu i zbytniego wpadania w schematy. Gold to smaczne pomieszanie Wilka z Wall Street ze wspomnianym już klasykiem Soderbergha, ale z dodatkiem w postaci morału, który nie razi po oczach i spaja film w jedną zgrabną całość. Historia Kenny’ego, american dream z przymrużeniem oka, jest idealną propozycją na sobotni wieczór, i to nie tylko dla fanów coraz to nowych metamorfoz Matthew McConaugheya.

Moja ocena: 8/10
Olga Żabska
Prawie Kino

„Gold”, reż. Stephen Gaghan (2016). W KINACH OD 17 MARCA!

fot. materiały prasowe

Film obejrzany dzięki współpracy z Kinem Praha